Kategorie: Wszystkie | Droga | Drzewo | Klub | Księga | Mistrz | OBCY | Pamięć | Smok | Wieża
RSS
piątek, 14 stycznia 2011
Opiekunowie Świata

Motto: “Wiecie, co go teraz powstrzymuje, aby objawił się w swoim czasie. Albowiem już działa tajemnica bezbożności. Niech tylko ten, co teraz powstrzymuje, ustąpi miejsca, wówczas ukaże się Niegodziwiec, którego pan Jezus zgładzi tchnieniem swoich ust i wniwecz obróci samym objawieniem swego przyjścia...”

(Św. Paweł, II List do Tesaloniczan)

 

Tego wieczoru nie mogłam w ogóle ani zasnąć, ani nawet się uspokoić. Moje myśli krążyły uporczywie wokół tajemnicy faraona Echnatona, o którym zaczęłam właśnie czytać w pewnej książce... Było to o tyle dziwne, że temat niezbyt mnie przejął. Autor starał się udowodnić, że to właśnie w czasach Echnatona doszło do wyjścia Żydów z Egiptu pod wodzą Mojżesza. Natomiast plagi egipskie spowodował wybuch wulkanu na Sanhendrynie i anomalie klimatyczne, które z jego powodu powstały.

Bezsenności towarzyszył atak przeziębienia i zimne poty. Nie było to przyjemne. Nigdy nie polubię stanu podwyższonej aktywności umysłu, nad którym trudno zapanować. Znużona pozwoliłam dziać się wszystkiemu, co chciało się ukazać w mojej głowie i spróbowałam przyjrzeć się rozgorączkowanym myślom z dystansem. Wkrótce zauważyłam, że na szczęście nie tkwi w ich głębi strach i to nie on powoduje gonitwę myśli.

Dłuższa chwila spokoju sprawiła, że nagle z chaosu emocji i przypadkowych skojarzeń wyłoniła się przede mną dziwna istota. Była ciemna, humanoidalna, drobna, z ogromnymi, okrągłymi jak spodki oczami. Z jakichś nieodgadnionych powodów tkwiła w głębiach ciemności Dolnych Światów. Otaczała ją aura zabronienia, zamknięcia i rozpaczy.

- Kim jesteś? – spytałam.

Jej obraz tkwił w moim umyśle na tyle uparcie, że uznałam ją za gościa z innego czasu i wymiaru. Z doświadczenia wiedziałam, że może być to próba nawiązania kontaktu, nie fantazja. Potrafiłam to sprawdzić. Próba polegała na zadaniu jakiegokolwiek pytania. Jeśli był to rzeczywisty kontakt zawsze przypływała odpowiedź, której mój umysł w ogóle się nie spodziewał.

 

Tym razem odpowiedź nie padła słowami, lecz nagle ogarnęły mnie różne zaskakujące stany emocjonalne. Wyraźnie płynęły one od dziwnej istoty. Wczułam się w nie.

Był to ktoś zupełnie inny od współczesnych ludzi.

Zanurzyłam się w atmosferę zamierzchłej starożytności, rodem z prastarej Leśnej Puszczy porastającej dawno temu naszą planetę. Istota miała zupełnie odmienną od mojej moralność. Nie odniosłam jednak wrażenia, że jest zła.

Owszem, ów tajemniczy ktoś został zamknięty, „zapieczętowany" i przez to skrzywdzony bez swojej winy i głęboko tym zraniony. Miałby usprawiedliwiony powód do wyrażenia furii zniszczenia świata, który go zamknął.

- Czy mówi ci coś imię Jezus Chrystus? – zaczęłam badać sprawę.

Nie, nie wiedział nic o Jezusie. Tak jakby przemiany świata nie otarły się o krainę, w której tkwił. W której został szczelnie zamknięty.

Stało się to na długo przed narodzinami Nauczyciela.

Nie biła z niego agresja, ani tym bardziej złośliwość czy pragnienie zemsty, choć rozważał już taką możliwość pod wpływem rozpaczy i opuszczenia.


Nagle ukazała mi się olbrzymia, zwieńczona łukiem brama. Podwójne wrota prowadziły w kompletny mrok. Na ich progu wił się brudnozielony kształt, potężny, ale jakby bez głowy, dlatego tylko w przenośni dałoby się go nazwać „wężem". Była to jakaś ciemna struktura zwinięta w spiralny, wężowy splot. Tuż obok niego bawiło się niewinne maleńkie dziecko.

Mimo potwornej straszliwości miejsca odniosłam wrażenie, że nic temu dziecku nie grozi, gdyż postanowiło ono nie wchodzić do jaskini najciemniejszej z ciemnych.

 

- To genotyp częściowo gadzi, który uwięził gatunek ludzki w czasie i przestrzeni – podpowiedziała mi nagle intuicja – Celem jednak są narodziny boskiego dziecka.

- Czy jesteś… Ablem? – spytałam nagle. – A Kain założył się z diabłem, że Cię uwolni, gdy wygra zakład?

 

Natychmiast zobaczyłam kamienne schody, ciągnące się w dół wzdłuż ściany jakiegoś starożytnego budynku. Dokładnie w połowie przedzielało je półpiętro, stanowiąc platformę pomiędzy częścią schodów biegnących w górę, a częścią biegnącą w dół. Było wszystkich stopni czternaście.

Na ścianie płaskiego półpiętra, a więc dokładnie po środku między nimi widniał relief. Nieskomplikowany rysunek uczyniony z kilku kresek przedstawiał wpisane w prostokąt oko. Pomyślałam, że to piktogram „oka Horusa". Gdy jednak przyjrzałam mu się lepiej, musiałam stwierdzić, że podobieństwo jest jedynie pozorne. Otwarte szeroko oko zostało otoczone wielkimi i licznymi rzęsami, które symbolizowały promienie słońca.

- To symbol Atona, którego wcieleniem ogłosił się Echnaton! – przypomniałam sobie.

W tym samym momencie przebiegł po mnie od stóp w górę gwałtowny dreszcz lodowato zimnej energii, niczym dziwny wiatr z przepastnej głębi.

 

*
- Spójrz na samą siebie! To ty!

Niemożliwe. Czegoś strasznie się boję.

W tym momencie obudziła mnie fala emocji. Zbiegło się z nią silne uderzenie wiatru w okno sypialni. Uspokoiłam się siłą woli uznając, że nagły lęk musiał zostać wywołany przez porywisty wiatr, który właśnie zerwał się na dworze.

Wkrótce znów zasnęłam. Aby obudzić się w zmienionym świecie.
Zobaczyłam wysokiego mężczyznę w lecącym po niebie małym, dwupłatowym samolocie. Wszystko wokół niego jasno świeciło, on sam także świecił. Niespodziewanie pojawił się drugi, taki sam. W podobnym samolocie leciał równie wysoki, szczupły mężczyzna o bliźniaczych rysach twarzy. Mimo, że cały obraz świecił jak poprzedni, to jednak z jego twarzy biła czarna, otaczająca całą głowę aura.

Nagłość i siła tych dwóch obrazów sprawiły, że znów obudziłam się na jawie w ciele fizycznym. Podobny do poprzedniego ostry podmuch wiatru uderzył prosto w okno. Okno rozchyliło się z trzaskiem, a ja krzyknęłam i otworzyłam oczy.

- Czyżby rzeczywiście zjawił się ktoś tworzący autentyczne sytuacje?

Wstałam z łóżka i zamknęłam okno. Wiatr sprawiał nieodparte wrażenie, że pochodził z mojego snu. Lub na odwrót, to on wprawiał mnie w hipnotyczny trans i budził w głębi mózgu jasnowidzenie.

- Może to demon? – to pomyślawszy po powrocie do pościeli nagle mocno zasnęłam.
Lecz w stanie tego snu mój umysł działał nadal jak na jawie.

Wywnioskowałam, że mam do czynienia z jakimś rodzajem diabolicznej energii. Dominował w niej szczególny rodzaj pychy, podobnej do dumy i bezpardonowości potężnego ducha, pochodzącego z ciemnej strony.

Starałam się zachować czujność i ostrożność w ocenie. Pamiętając, że ciemność potrafi łudząco podszywać się pod światło. Wiedziałam już jednak, że tak samo bywa i na odwrót.

Wtem rozpoczął się przekaz wprost do mojego umysłu.

 

- Jestem jednym z DZIEWIĘCIU POTĘŻNYCH I NIEŚMIERTELNYCH OPIEKUNÓW ŚWIATA. Jedno z moich imion brzmi Amfier - przedstawiła mi się nieznana istota.

- Brzmi to dla mnie jakby po francusku. „Twardy i dumny” – stwierdziłam błyskawicznie.

- Lepiej brzmiałoby „Kochający i dumny”, ale w twojej interpretacji jest racja – odparł - „Twarda amfora napełniona delikatną miłością i dumą”, o! Może być?

W tej samej chwili imię Amfier zmieniło się w moim umyśle na inne, Enfonier.
- Zmieniłeś tożsamość? – domyśliłam się.

- Odrodziłem się w nowej roli, jest nas teraz dwóch. Pierwszy i ostatni – odpowiedział. Ale zachowałam nieufność.

- Czy to słowo ma coś wspólnego z francuskim powiedzeniem en foni ? – spytałam z głupia frant.

- Myśl jak chcesz – usłyszałam zaraz odpowiedź - Ale Francja rzeczywiście gra w tym pewną rolę.

- Można by je przetłumaczyć na słowa: “Ten, który Musi”, albo “Muszący”. Nie wiem czemu, wyraz foni kojarzy mi się mocno, choć bez żadnej realnej przyczyny z czasownikiem faire, czyli właśnie „robić, czynić” – dyskutowałam dalej.

 

Przed laty uczyłam się języka francuskiego i rozumiałam odległość, a nawet bzdurność tego skojarzenia. Lecz pojawiły się dalsze podobieństwa znaczeń, które wolałam wziąć pod uwagę, nie trzymając się sztywno gramatyki.

Podobnie brzmiące francuskie słowo „fond” znaczy – dno, głębia, spód oraz grunt i fundament. Słowo „se fonder” znaczy: opierać się o coś, lub: stanowić podwalinę. Wyraz „fonde” to – być upoważnionym, mieć uzasadnienie. Istnieje także słowo „fondre” oznaczające zmieszanie, owładnięcie, rozpuszczanie, rozpływanie się, topnienie, rzednięcie, mizernienie i znikanie. Ma też związek z wlewaniem roztopionej surówki do odlewniczej formy. Wszystko to w jednej chwili wydało mi się ważne dla zrozumienia imienia i tożsamości mojego nocnego gościa.

- Dysponuję ponurymi energiami, ale uwierz mi, nie jest to zło, lecz moc budzenia strachu. Pojawiam się niekiedy na ziemi w rolach wybranych ludzi u władzy, o których potem mówi się, że byli źli. Choć nigdy nie jest to jednoznaczne. Toczę swoje pojedynki, zawiązuję akcje, po czym znikam.
- W jaki sposób?
- Cieleśnie umieram, przeistaczam się albo dematerializuję. To pojawienie się jest czasem inkarnacją, a czasem rodzajem przejęcia władzy nad jakimś wybranym człowiekiem i zupełnym opętaniem go przez świadomość i wolę Enfoniera.

Jego imię nagle przestawiło w moim umyśle swoje sylaby i w jednej chwili pojęłam, że to on wystąpił w starożytnym Egipcie jako Echnaton, wraz ze swą wieczną partnerką Nefertiti. Ją także ujrzałam przez moment i ona również miała pierwotnie inne imię, które brzmiało jak Foniret i miało związek ze słowem „retour”, czyli pojawianiem się ponownie, z powrotem.

Motyw Tutenchamona w tamtej historii, który wystąpił jako tarcza maskująca prawdziwy bieg wydarzeń... dziwnie zamazał się w mojej głowie.

 

- Pojawiłem się również blisko XVIII wieku – pochwalił się Enfonier.

W tej samej chwili ujrzałam jego męską, zdecydowaną, wąską twarz o wystającym podbródku i błyszczących bezczelnie zarozumiałą inteligencją oczach. Stanął przede mną właśnie w takiej postaci.

W owej przestrzeni, biorącej się jakby z mojego przypomnienia tamtych czasów, rozmawiałam z nim sympatycznie jak z wielkim wtajemniczonym nauczycielem. Zaakceptowałam jego dziwność i dwuznaczność, jako cechy konieczne dla dobra rozgrywanego pojedynku. On natomiast wszystko z ogromną chęcią mi objaśniał.
- Miałam w tamtych czasach inkarnację Aleksandra. Powiedz mi teraz czy rzeczywiście byłam to ja?
- Ależ NIE!
Odpowiedź wprawiła mnie w zaskoczone zdumienie i przejął mnie lęk. Do diabła, co jest grane?

- Aleksander do pewnego wieku był zupełnie zwykłym człowiekiem.
- Czyli nie mną teraźniejszą, tą którą się czuję? – zdumiewałam się dalej i próbowałam jakoś ogarnąć chaos w głowie.

- Są sprawy, o których nie mogę ci powiedzieć wprost. Odpowiedź jednak tkwi w zagadce tożsamości. Kim jestem naprawdę? Kim jesteś dla mnie teraz? I o kim tak naprawdę mówimy? – przesłał mi jedną myśl i kontynuował swój dziwny wywód:
- Ale w czasie około dwóch lat przed swoją ciężką chorobą został opanowany przez świadomość Enfoniera.

- Czy to było w okresie dwóch lat przed nagłą śmiercią Aleksandra? – dopytywałam się.

Ale mój rozmówca najwyraźniej nie chciał mi wszystkiego jednoznacznie wyjaśnić i dalej mówił zagadkami. Straciłam nagle pewność, że rozmawiamy o tym samym.
- Enfonier przejął nad nim dominację i praktycznie zamienił się w niego.
- Na tej zasadzie można powiedzieć, że Aleksander stał się tobą? – spytałam - Jak to możliwe? To, o czym mówisz przypisałabym raczej cesarzowi Napoleonowi.
- Zgaduj dalej – uśmiechnął się zarozumiale Enfonier - Musisz wiedzieć, że to jeden z moich sposobów na pojawianie się w ziemskim świecie.

Wiatr gwałtownie otworzył zamknięte wcześniej okno. Brutalnie wyrywając mnie z sennego transu.

Echnaton, Aleksander Wielki, Napoleon…

(2003)

11:28, transwizje
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 czerwca 2006
Trzej Bracia

"Tajemnica objawiona po trzykroć, ale nikt poza trzema nie może poznać przyszłości. Przekleństwo dla tych, którzy wyjawią sekret."
(Nostradamus)

Okrągłą, niezwykle wysoką, wąską, kamienną, starożytną Wieżę z niewielkimi i nielicznymi okienkami w ścianach spowiła kompletna ciemność nocy. Z jej szczytu, aż na sam dół "zjechali" zręcznie na linie trzej wysocy mężczyźni. Jeden z nich chwycił wielki, średniowieczny miecz, a właściwie symboliczną atrapę miecza, przygotowując się do walki, której początek zniknął już dawno w czasie...
Tak zaczyna się opowieść o trzech braciach bliźniakach. Wszyscy są wysocy, szczupli, przystojni, inteligentni i genialnie utalentowani. Mieszkają razem w starym, wielkim, trzypiętrowym pałacu, a każdy zajmuje w nim własny, osobny apartament, nie kontaktując się z innymi przez całe lata, a może nawet długo jeden o drugim nic nie wiedząc...
Ich historia co jakiś czas się powtarza. Gdy wszyscy trzej dochodzą jednocześnie do pewnych określonych wniosków oraz odkrywają nawzajem swoje istnienie - nagle giną, aby odrodzić się w innych, choć podobnych okolicznościach, warunkach i czasie.
Jednoczesne i synchroniczne odczytanie zaszyfrowanego przed wiekami Zapisu za każdym razem powoduje, że zostają uruchomione straszliwe podziemne moce, aby wraz z chwilą śmierci trzech braci na Ziemi mógł się narodzić diabeł.

Właśnie niedawno jeden z nich odczytał hieroglificzne pismo i ukryty sens prastarej Księgi Adama. Według żydowskich legend jest to najstarszy przekaz duchowy dany ludziom przez Boga. Został on przyniesiony przez morze w statku Noego jeszcze z Atlantydy, a potem wzmocniony przez Abrahama i zapisany przez  Mojżesza, który zaszyfrował go w Pięcioksięgu. Istotne okazało się odkrycie prawdziwego znaczenia starożytnego piktogramu Wiru, wznoszącego się z dołu do góry niczym trąba powietrzna.
Drugi napisał to w formie opowiadań fantastycznych i zebrał w zbiorze, który został uznany za podobny w stylu do makabrycznych opowieści Howarda Philipsa Lovecrafta. Jak wszyscy wiedzą, traktują one o odradzającym się przerażającym kulcie Starych Bogów oraz wędrówkach w zmienionym stanie świadomości i degradującym się ewolucyjnie ciele po nieskończenie mrocznych światach, ku Ciemnemu Panu, mieszkającemu w ich przepastnej głębi.
Trzeci sformułował swoje odkrycie w esejach podobnych do para-naukowych opowieści Philipa K. Dicka, traktujących o pętlach i paradoksach czasu oraz zamkniętej w nich bezpowrotnie świadomości.

Ledwie to wszyscy jednocześnie ogłosili znienacka pojawiła się na niebie, w okolicach księżyca, będącego akurat w pełni - ogromna, czarna kula. Niczym rosnący w oczach meteor zmierzała niewiarygodnie prędko do zderzenia się z ziemskim globem. Jego obraz na niebie powiększał się z chwili na chwilę. Tłumy ludzi wpadły w panikę i zaczęły chaotyczną ucieczkę z miejsca przypuszczalnego zderzenia.
W tym tłumie znalazła się i początkowo biegła wraz z nim siostra trzech braci. Nagle jednak podjęła desperacką i heroiczną decyzję o zawróceniu. Z narażeniem własnego życia postanowiła ostrzec przed grożącymi skutkami odczytania jeszcze ośmiu podobnych do trzech, którzy już zginęli, oraz ponadto trzydziestu kilku innych...

W życiu otoczyły ją i unieruchomiły drapieżne krokodyle, chcąc zablokować jej wszelkie szanse na odzyskanie pamięci. Zamarła w bezruchu i tylko modliła się do Boga o możliwość wytrwania. Minęło wiele czasu, zanim odkryła wewnątrz siebie znak graficzny, składający się z trzech siedmioramiennych gwiazd. Wzięła je za piętno, smutne i groźne dla całego radosnego życia naznaczenie.
Wtem, kiedy siedziała twarzą do jasnego okna pojawiła się w przestrzeni Lewa Ręka i włożyła do jej głowy gwiazdę. Ta rozbłysła srebrzystymi promieniami niczym pochodnia. Chwilę później zjawiła się przy niej Prawa Ręka i włożyła w jej głowę drugą, identyczną gwiazdę. Głowa zaświeciła teraz wielkim srebrzyście jasnym blaskiem o podwójnej mocy. Na koniec obie gwiazdy złączone w jedną zmieniły się w promieniejącą na cały pokój krystalicznie świetlistą koronę na jej głowie.

A więc dokonało się!

I nagle Jasno Ujrzałam rozległy, olbrzymi Stary Las. Gdzieś w jego nierozpoznanej do końca głębi szalały dwa mordercze dzikie tyranozaury. Ludzie w panice i popłochu uciekali przed nimi, gdy ktoś samotnie zdecydował się pobiec w ich kierunku, wbrew logice i naturalnemu instynktowi ucieczki. Nagle rozległ się z nieba głos. Był to nieco mechaniczny głos strażnika Księgi, który oznajmił:
- Będziesz wielkim nauczycielem!...

(zapisane w 2003 roku)

19:50, transwizje , Wieża
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 czerwca 2006
Święte Koło

"Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię. Ziemia zaś była bezładem i pustkowiem; ciemność była nad powierzchnią bezmiaru wód, a Duch Boży unosił się nad wodami. Wtedy Bóg rzekł: <> I stała się światłość. Bóg widząc, że światłość jest dobra, oddzielił ją od ciemności. I nazwał Bóg światłość dniem, a ciemność nazwał nocą. I tak upłynął wieczór i poranek - dzień pierwszy."
(Księga Rodzaju, 1, 1-5)

Wstęp

Nasz niewielki statek, którym mknęliśmy przez niezmierzone, zimne i pogrążone w odwiecznej ciszy kosmiczne przestrzenie Mlecznej Drogi otrzymał zadanie wykonania pełnego obrotu po gigantycznym kole. Pierwsze Potęgi podzieliły wyznaczony precyzyjnie okrąg na dwie połowy, górną i dolną. Każda z nich zawierała dwanaście gwiezdnych promieni wychodzących z centralnego punktu. Dolną połowę, podobnie jak i górną rozdzieliła wtedy na dwie inne części pionowa oś Koła. Odtąd na stałe wyznacza na nich punkt zenitu i nadir, czyli południe i północ.
Wspólna ilość wszystkich cząstek wyznaczonych przez dwanaście promieni na górze i dwanaście na dole odpowiada od tamtej pory liczbie godzin galaktycznego dnia i nocy, tworzących jedną galaktyczną dobę. Owe galaktyczne doby składają się w gwiezdne miesiące i lata, a te tworzą gwiezdne wieki i tysiąclecia o skali trwania trudnej do wyobrażenia sobie nawet bardzo starym istotom.
Dwadzieścia cztery cząstki układają się w dwanaście faz drogi po Świętym Okręgu, z których każda z osobna składa się z dwóch stref, jasności i cienia, trwających razem po dwie gwiezdne godziny. Można by je przyrównać do świadomości funkcjonującej na dwa różne sposoby, w stanie jawy i w stanie snu. Wszystkie one z kolei układają się w cztery ćwiartki wyznaczane przez cztery ramiona centralnego Krzyża. Wskazuje on cztery główne kierunki, górę i dół, lewy i prawy.

W skład każdej ćwiartki wchodzą trzy podwójne części utworzone przez galaktyczne promienie. Ćwiartki zgrupowane po dwie po prawej i po lewej stronie pionowej osi polaryzują Okrąg na strony lewą i prawą, a inaczej mówiąc dwa bieguny - żeński i męski. Dwie ćwiartki na górze i dwie na dole dzielą z kolei Święte Koło na połowy, obejmujące jasność dnia i ciemność nocy. A także przeszłość i przyszłość. Ten szachownicowy podział Okręgu na cztery wyznacza podstawowe zasady wszystkich doświadczeń dla tych, którzy podróżują.

Początkowo wszystko na naszym statku przebiegało zgodnie z ustalonym przed startem planem lotu. W którymś momencie jednak pojawiło się trudne do uchwycenia, ale narastające i potężniejące z biegiem czasu niebezpieczeństwo. Jego przyczyna była zrazu niezidentyfikowana, lecz - jak szybko tego doświadczyliśmy - niezwykle groźna w skutkach. Ustaliliśmy, że ukrywa się gdzieś w przepastnym mroku, który oblegał z zewnątrz Święte Koło.
W jakiś czas po starcie dowiedzieliśmy się więcej.
Na zewnątrz żył starodawny Czarny Wąż. Jego wiek nie mierzył się w znanych nam kategoriach czasu, gdyż nie podlegał żadnym kategoriom ustalonym w momencie zbudowania Koła. Zamieszkiwał nieskończoną przestrzeń pierwotnego chaosu, nigdy dotąd nie rozświetlonego nawet najmniejszym promieniem światła. To on jednak sprawiał, że wszystkie nasze wysiłki zbudowania światów zdolnych samodzielnie pokonywać kolejne fazy Drogi kończyły się fiaskiem i koniecznością rozpoczynania wszystkiego na nowo. Mało tego, w rezultacie powtarzających się klęsk zaczęliśmy odczuwać narastające zagrożenie. Jedna z dwóch młodych dziewcząt, załogantek statku poczuła w swoim podbrzuszu jego szczególne, ciągnące ją gdzieś w dół i w głąb oddziaływania.

Nasz statek w czasie całego lotu na przemian przechodzi przez światło i przez cień. Celem drogi jest pomyślne zamknięcie Okręgu i zjednoczenie się z wielkim światłem promieniującym z Solis, gigantycznej centralnej gwiazdy znajdującej się po środku wirującej wokół niej galaktyki. Ukazuje się ono zawsze o świcie kolejnego galaktycznego dnia oczom wszystkich istot, którymi zdołaliśmy obsiać kolejne światy i które od tej chwili rozpoczynały własną samodzielną wędrówkę. W umysłach kosmicznych Wędrowców ukazuje się w postaci stale promieniującego punktu świetlnego, błyszczącego na pewnej wysokości ponad głowami, zawsze dostępnego podczas medytacji. Pora świtu każdej kolejnej fazy Koła sprawia jednak, że wtedy dostrzegamy je w samych sobie jako nagły wybuch oślepiającej jasności. W ten sposób przyciąga nas ona i nie pozwala zboczyć z kursu w niebezpiecznych chwilach przelotu przez strefy nocy.

1.

Na samym starcie, pod wpływem Centralnej Gwiazdy mój umysł rozważył od początku do końca proces budowania się i rozbudzania Pełni. Dokładnie ten sam przekaz otrzymali wszyscy, którzy wyruszyli w Drogę. Dowiedzieliśmy się, że wydarzenia w świecie każdej z dwunastu głównych stref kosmicznej mandali toczą się według stałych, prostych i właściwie sztywnych wzorców. Dyktują one przebieg i zakres wrażeń każdemu zamkniętemu w nich Wędrowcowi. Musi on przejść ściśle określony ciąg doświadczeń i zmierzyć się w każdym z nich z własnym cieniem.
 
Cień jest odpowiednio dostosowany do rodzaju świadomości osiągalnej w strefie każdego znaku. Pierwsze z dwunastu zodiakalnych znaków oznaczone umownymi ideogramami Barana i Byka są na tyle prymitywne, że manifestujące się w nich energie przybrały postacie zwierzopodobne. Cechują je dzikie i agresywne reakcje, mające ułatwić przetrwanie w świecie Pierwotnego Lasu.

Kim lub czym jest ów tajemniczy cień?
Ledwie zadałem sobie to pytanie już natychmiast światło Solis - jednym, krótkim rozbłyśnięciem w moim umyśle ukazało mi mnie samego w roli istoty zrodzonej w obrębie Świętego Koła. Cały przekaz trwał mniej niż ułamek sekundy, choć w istocie to, co ujrzałem i przeżyłem ciągnęło się w czasie przez tysiąclecia. W moim wewnętrznym przeżyciu to, co istnieje wiecznie zlało się w jedno z tym, co minęło i nadal przemija. Ponieważ nie da się tego opowiedzieć słowami, dlatego pozostawię ten temat wyobraźni czytelników. Skoncentruję się jedynie na opisie zdarzeń dziejących się w owym rozciągniętym wewnętrznie czasie.

W każdej strefie prześladował mnie mój cień. Zjawiał się przeważnie nagle jakby "znikąd", a ja musiałem stoczyć z nim pojedynek. Za każdym razem wyglądał on inaczej, zależnie od charakteru świata, w którym akurat przyszło mi się znaleźć. Walczyłem, poddawałem mu się, ukrywałem się, uciekałem przed nim, oskarżałem go, próbowałem zniszczyć, ale także podziwiałem, zazdrościłem mu lub naśladowałem go. Cień dopadał mnie jednak systematycznie i za każdym razem zmuszał do znalezienia nowego rozwiązania naszego konfliktu.

Moja podróż rozpoczęła się na trzeciej z siedmiu planet, które mieliśmy w planie odwiedzić. Spotkałem tam Matkę, czyli konstruktorkę nowej rasy istot, próbującej zasiedlić tamten świat. Miały one przejąć po niej w przyszłości pałeczkę kontrolera, a na koniec kreatora ewolucji planety.
Patrzyłem na nią z podziwem. Była wysoką, piękną kobietą, ubraną w ciemnoniebieską, przewiązaną w pasie suknię, spod której wyglądał nieco dłuższy, wielokolorowy ludowy pasiak. Każda barwa na nim symbolizowała jedną strefę Świętego Koła i jeden rodzaj światów, wykreowany w niej. Matka wyjaśniła mi, że pragnie stworzyć taką istotę rozumną, która mogłaby dać sobie radę w Pierwotnym Lesie porastającym planetę, a która pozostałaby przez cały czas eksperymentu pod jej czujną kontrolą i opieką.
- Niestety, dwa pierwsze zwierzoludy odeszły do Lasu i zginęły w nim bez śladu - przyznała ze smutkiem - Skonstruowała je moja Matka, która zdecydowała się pozostać razem z nimi w Lesie i tam je chronić. Aby ją stamtąd wydostać, muszę najpierw wydostać jej dzieci. Ich świadomość jednak uległa skrzywieniu, które wygląda na trwałe. Stworzyłam właśnie trzeci rodzaj zwierzoluda, będącego udoskonaloną wersją poprzednich.
Wyjaśniła mi wszystkie szczegóły. Swoją kreację rozpoczęła od wrysowania w pamięci komputera wszystkich najdrobniejszych cech obmyślonej postaci. Następnie wypróbowała jej cechy w niezliczonych wirtualnych testach. W rezultacie ciało owej istoty zyskało w końcu kształt niewysokiego humanoida całkowicie pokrytego sierścią, ze sterczącymi, trójkątnymi uszami jak u kota, wielkimi, okrągłymi oczami i cofniętym, maleńkim podbródkiem.
- Musi być dostatecznie dziki, aby przetrwać w Pierwotnym Lesie - wyjaśniała mi dalej - Obdarzyłam go wielką intuicją i zmysłem słuchu, aby mógł wyczuć w porę niebezpieczeństwo. Dałam mu wrażliwość na piękne formy oraz zdolność widzenia ich w ciemnościach nocy. A przy tym wszystkim otrzymał najważniejsze: dostateczną nieśmiałość i pokorę, aby nie próbował nawet wysunąć się na czoło w rywalizacji pomiędzy innymi mieszkańcami Lasu.
- Po co mu te ostatnie cechy? - spytałem zdziwiony.
- One gwarantują sterowność - uczona była całkowicie szczera, a to mnie ujęło - Zapisałam w nim głębiej i mocniej niż w poprzednio zgubionych istotach archetypalne wzorce i zasady, obowiązujące jednakowo we wszystkich dwunastu sferach Mandali. Dzięki temu zapisowi ma on duże szanse wyjść bezpiecznie z jednego i wejść w wyższe doświadczenie kolejnego znaku. A potem zakończyć okrążenie bez ryzyka bezpowrotnego zabłąkania się w nim.

Tak oto zdecydowałem się nagle wstąpić w ciało nowej istoty. Wiatr dmuchnął zwierzoludowi w nos i znalazłem się w Pierwotnym Lesie.

2.

Podczas przejścia przez strefy znaków Barana (a potem Byka) obudził mnie nagle w ciemnościach nocy atak niewielkiej zwierzęcej istoty. Porastała ją gęsta, krótka, bura sierść na całym ciele, a liczne ostre ząbki w jej szerokiej paszczy mogły boleśnie wgryzać się w ciała atakowanych istot. Przypominała trochę jakiś nieznany mi rodzaj niedźwiedzi. Zwierzolud nie wydawał się całkowicie złośliwy, lecz raczej wystraszony, zmęczony i rozdrażniony nieustanną rywalizacją i walką o przetrwanie, które panowały w jego świecie. Wywnioskowałem intuicyjnie, że może okazać się dla mnie groźny i nieprzewidywalny.
Stoczyłem z nim trudną, fizyczną walkę. Było to bardzo ważne doświadczenie. Unaoczniło mi ono prymitywne warunki i zasady gry panujące w świecie Lasu. W końcu szczęśliwie udało mi się spłoszyć napastnika, jednak wkrótce pojawił się znowu. Uparty.
Zastanowiło mnie to wtedy głębiej. Uznałem go za zagubionego w Lesie i zdziczałego z biegiem czasu Wędrowca, z początku podobnego do mnie. Niespodziewanie poczułem współczucie, solidarność znim i chęć udzielenia mu pomocy.
Spróbowałem przestać się z nim bić i siłować. Postanowiłem ukazać mu przejście w Światło, o którym intuicyjnie pamiętałem cały czas i które postanowiłem teraz przywołać na pomoc zapamiętanymi egzorcyzmami. Ono było moją największą wartością i wierzyłem, że da mi oparcie i siłę, którą ujarzmię pierwotny świat ku jego chwale. Wyglądało to tak, że ni stąd ni zowąd zacząłem recytować wyuczony w dzieciństwie pacierz, jednocześnie kreśląc przed sobą znak Krzyża.

12:21, transwizje , Droga
Link Dodaj komentarz »

3.

Niespodziewanie wszedłem w doświadczenie następnej strefy Mandali, w znak Bliźniąt. Pewnie pod wpływem wykonanych magicznych zabiegów zapadłem nagle w dziwny trans. Usłyszałem bowiem własny głos i słowa rozlegające się jak gdyby z zewnątrz, spoza mnie samego. Zobaczyłem także swoją dłoń kreślącą znak Krzyża na moim pępku. Miał on w zamiarze zahamować atakującą mnie energię ciemnego Wiru i zamknąć ją w przyjętym za swój i pamiętanym jeszcze przeze mnie porządku wartości.
Lewe ramię Krzyża przeciągało się jednak wbrew mojej woli dłużej niż pozostałe. Uznałem, że nieujarzmiona siła, z którą się pojedynkuję jest większa od mojego zagruntowania w sobie samym. Dlatego ciągle powtarzałem zabieg. Chciałem, aby wreszcie wszystko nabrało doskonałej precyzji i wróciło do swej dawnej idealnej postaci. Im bardziej jednak starałem się to osiągnąć, tym uparciej lewe ramię wydłużało się, jak gdyby złośliwie mi się sprzeciwiając.
Obudziłem się z tego bardzo zmęczony i rozdwojony. Nic nie było już takie proste, jak na początku. Odkryłem, że mój cień jest niewątpliwie mną, w takim razie kim jestem ja?

4.

Rozważanie wątpliwości i ocenianie siebie wpędziły mnie teraz w stan zwątpienia i lęku. Zapragnąłem odnaleźć jego przyczyny, przypomnieć sobie plan, z którym przyszedłem do Lasu i naprawić wszystko według wpojonych mi zasad dobra, miłości i sprawiedliwości.
- Chyba uda mi się nauczyć tutaj funkcjonować, dawać innym przykład życia zgodnego z Prawem i stworzyć sobie bezpieczne warunki! - pomyślałem.
Postanowiłem narzucić otoczeniu ów wpojony mi niegdyś przez Matkę idealny porządek wytrwałą pracą i uporem. Jeszcze całkiem dobrze ją pamiętałem. Zapragnąłem reprezentować ją godnie wobec zagubionych w Lesie istot, które o niej nic już nie wiedziały.
Zaczynała się właśnie strefa czwartego w kolejności znaku, znaku Raka.

Nagle u mojego lewego nadgarstka zmaterializowała się biała, wściekle wijąca się wężyca o kwadratowej, jak gdyby ściętej nożem "twarzy" w miejscu trójkątnego łba. Pomyślałem, że jest to świetlisty program zapisany w moim genotypie przez uczoną konstruktorkę ciała zwierzoluda. W takim razie z niezrozumiałych przyczyn był teraz groźny i "zły" na mnie. Czyżby za próbę sprzeniewierzenia się celowi rozwoju, który we mnie zapisano? Czyżbym znów popełnił jakiś błąd? W którym miejscu zatem?
Spróbowałem oderwać ją od ręki, ale wpięła się w żyły na wewnętrznej stronie mojego przedramienia i boleśnie wgryzła jeszcze głębiej ostrymi zębami w ciało. Wystraszony poczułem w lewej ręce szybko rosnący paraliż, a przejmujący strach przed utratą kontroli nad własnym ciałem obudził mnie w świecie kolejnego znaku.

5.

Wężyca zniknęła, ale ledwie odczułem ulgę zaatakowały mnie dwie ciemnoszare, upiorne sowy. Odtąd jedna z nich czuwała co noc przy moim legowisku, przyglądając mi się wielkim, połyskującym czarno okiem. Za każdym razem, gdy spróbowałem rzucić w nią kamieniem, aby ją spłoszyć i odpędzić - traciłem przytomność. Jej oczy miały właściwości hipnotyzujące. Próbowałem z nią walczyć przebierając się w maski i płaszcze z liści, bębniąc kawałkami drewna w pnie drzew i paląc ogień, wymyślałem straszące okrzyki, pieśni i zaklęcia, ale niewiele to pomagało. Dawało jedynie kilkudniową, a w najlepszym wypadku kilkumiesięczną ulgę. W końcu ogarnęło mnie, narastające od początku wrażenie, iż ciąży nade mną jakaś klątwa, której może nigdy nie przezwyciężę.

6.

W kolejnej strefie trafiłem w swoich bezładnych wędrówkach na rozległe, puste pole. Z daleka wydało mi się podobne do szachownicy gry. Z bliska okazało się, że jest to naturalny efekt utworzony przez rosnące na nim różnokolorowe kępy traw i drobnych łąkowych roślin. Krążyłem po zielonej szachownicy, przeskakując z kępy na kępę dość bezmyślnie i na los szczęścia. W pewnej chwili wpadłem w topiel. Pod powierzchnią zielonego mchu ukryło się w tym miejscu bagno. Otchłań zaczęła już nieodwołalnie wciągać mnie w swoją głąb, gdy nagle obok pojawił się skądś mały, kilkuletni chłopczyk i podał mi rękę.
Wyciągnięty na twardy grunt wysłuchałem od niego dobrą radę:
- Uważaj na każdym kroku, bo w "grze w zielone" szare sowy zastawiły w niektórych miejscach pułapki, z których samemu nie sposób się wydostać.

12:20, transwizje , Droga
Link Dodaj komentarz »

7.

W kolejnej strefie, siódmej z kolei, ośmieliłem się wyjść z Lasu do miasta. Tam niespodziewanie spotkałem znów owego dziwnego chłopczyka. Nie umiałem jeszcze rozstrzygnąć kim dla siebie jesteśmy, ale na pewno chciałem być taki jak on. Być może był to mój cień, być może ja sam, na którego patrzyłem z pozycji cienia?
Trafiłem do mieszkania w miejskim bloku. Zaprosili mnie ludzie, którym - zgubiwszy się w mieście - zaufałem i którzy bez większego problemu przygarnęli zagubionego i wystraszonego łazęgę z lasu.
W ich domu spotykało się wiele różnych obcych sobie osób. Szybko zauważyłem, że wszyscy byli bardzo łasi na rozrywki i przede wszystkim zmysłowe przyjemności. Bez większego namysłu wchodzili ze sobą w rozmaite związki. Porzucali się, zmieniali partnerów, wracali do siebie, byli o siebie zazdrośni, podstępnie próbowali siebie odzyskać, kusili i uwodzili siebie nawzajem, a niekiedy łączyli się w jakiejś wspólnej chaotycznej orgii, która ich uspokajała i równoważyła na bardzo krótko.
Spotkałem tam dziewczynkę, która zapragnęła nauczyć mnie seksu. Pierwsze w życiu, niespodziewane doznanie erekcji obudziło we mnie ogromny strach. Zacząłem płakać ze zdumienia i lęku. Nie chciałem zamienić się w kogoś takiego jak ci, którzy się mną zaopiekowali i uciekłem.

8.

W strefie Skorpiona ponownie spotkałem zwierzoluda. Jego znana mi już postać obudziła we mnie dziwne emocje. Przypomniał mi się świat Lasu i ogarnęła mnie ogromna tęsknota pomieszana z zabobonnym  lękiem. Zwierzolud wydał mi się duchem Lasu, który wabił mnie wizjami magicznej mocy, aby mnie zabić i pożreć. Moja świadomość walczyła z początku dość skutecznie z tym czymś ciemnym, co ją znienacka zalewało jak ogromna, niszcząca fala.
Nagle odkryłem, że stoję pod prąd w rzece płynącej przez Pierwotny Las.  Nie pamiętałem jak się tam znalazłem i co robię. Jedna czarna fala destrukcji minęła mnie szczęśliwie, ale zaraz za nią nadciągnęła następna. Zdałem sobie sprawę, że ściga mnie nadal klątwa Pierwotnej Matki i że nie zdołam z nią walczyć. Fala wydała mi się tak wielka i nieskończona, że zwątpiłem w swoje siły. Już na pewno przyniesie mi śmierć bez ratunku.

9.

Dopiero pod koniec wędrówki, w dziewiątej strefie cień nagle zmaterializował się przede mną i przedstawił. Stało się to wieczorem, na wiejskiej, pustej drodze, którą szedłem bezmyślnie przed siebie. Nie pamiętałem już kim jestem i co tu robię. Fala wody wyrzuciła mnie na brzeg rzeki w miejscu, którego kompletnie nie znałem.
Podszedł do mnie, przyszedłszy z naprzeciwka wysoki, szczupły, półboski mężczyzna z kilkudniowym, ciemnym zarostem na twarzy. Sprawiał wrażenie mocno sfrustrowanego faktem, że nie potrafię go rozpoznać. Okazało się, że zależy mu na tym, aby samemu nie utracić uzyskanej już świadomości. Dlatego przekazał mi wiedzę tajemną, dzięki której mogłem teraz przypomnieć sobie kim jestem. Dostałem od niego wtajemniczenie w astrologię, numerologię, kabałę i tarot. Dowiedziałem się także, że pod wpływem każdorazowych spotkań ze mną zaczął przechodzić metamorfozę i teraz, ku mojemu zaskoczeniu skłonny był ze mną podyskutować. Miałem w sobie coś, czego mi zazdrościł mimo wszystko i za co szczerze mnie nie lubił. Instynkt ciągnący mnie w górę, do światła.
Rozmawialiśmy więc. Może nie jak przyjaciele, ale jak ludzie, którzy idąc ku sobie z przeciwległych końców drogi spotkali się w pewnym punkcie, aby postarać się uzgodnić swoje interesy, zamiary, cele i wartości.

10.

Po rozmowie z cieniem przeszedłem do dalszej, dziesiątej strefy. I tam, ku swemu wielkiemu zaskoczeniu odkryłem, że JESTEM KOBIETĄ! Przyszło mi do głowy, że może być to rezultat klątwy, która mnie ściga, lecz niespodziewanie ogarnęło mnie uczucie głębokiego pogodzenia się z tym nieprawdopodobnym faktem.
- Niewiele już różnię się od Matki, może wreszcie zacznie mnie chronić? - na tę myśl moja twarz rozjaśniła się przemożnym uśmiechem.

Postanowiłam zamieszkać we własnym domu. Długo go szukałam, aż wreszcie trafiłam w miejsce, które mi się spodobało. Dom był właściwie wiejską chałupą, krytą drewnianym gontem, ale swoją prostotą urzekł mnie od razu. Ledwie przekroczyłam jej próg ujrzałam namalowane na ścianie głównej izby logo Wielkiej Gry. Była nim... twarz Jezusa. Miała jednak zupełnie inne rysy i wyraz ust i oczu, z jakimi tradycyjnie przyjęło się go przedstawiać.
Jezus miał krótki zarost i był jakby do kogoś dobrze mi znanego niesamowicie podobny... Na ten widok ogarnęła mnie po prostu ekstaza. Pojęłam, że właśnie ukazała mi się moja prawdziwa tożsamość i cel drogi, po której mozolnie wędrowałam od tak dawna.

11.

W ten sposób dotarłam do jedenastej strefy znaku Wodnika. Spotkałam w niej grupę osób, dla których ta gnostyczna twarz Jezusa, stanowiąca logo Gry, uwiecznione portretem na ścianie wiejskiej chałupy była tak samo ważnym znakiem symbolicznym, co dla mnie. Ktoś z nowych znajomych podciągnął  mnie nagle na swoją półkę i przytrzymał, abym nie upadła. Dopiero wtedy zauważyłam, że przez kraj zaczęły właśnie przeciągać groźnie i ponuro wyglądające, zapieczętowane towarowe pociągi. Jechały z hukiem i impetem rozpędzonych maszyn gdzieś w ciemną i nieodgadnioną głąb nocy.

12.

W znaku Ryb dane mi zostało znowu spotkać małego chłopca. Wcześniej często o nim myślałam i przywoływałam w pamięci jego postać. Tym razem powiedziano mi, że chłopiec oślepł. Coś niezrozumiałego zaczęło dziać się z jego źrenicami. Obie wysunęły się na zewnątrz gałek ocznych w postaci długich, cienkich, czarnych "gwoździków" i przekręciły się na odwrót. Konsylium lekarskie stwierdziło, że chłopiec miał ślepą babkę i odziedziczył po niej ów trwały genetyczny defekt, na który medycyna nie znalazła jeszcze skutecznego lekarstwa. Chłopiec nie poznał jednak smutnej diagnozy, ponieważ mu ją oszczędzono. Dla niego w środku dnia zapadła noc i nie widział z powodu naturalnej ciemności, która nastała wokół niego. Oczekiwał spokojnie świtu nadchodzącego dnia, który dla nas był jednak nocą. W istocie doznał kompletnego odwrócenia rytmu zmian, którym subiektywnie podlegał, a jego wewnętrzna homeostaza nie została naruszona. W istocie, w jego umyśle pojawiła się zdumiwająca równowaga, do której tak naprawdę dążyliśmy tu wszyscy.

Dzięki jego prostej ufności i radosnemu widzeniu tego, w co wierzy, że widzi - ja i moi przyjaciele zaczęliśmy nagle rozumieć sens zaakceptowania niedoskonałości fizycznego organizmu. Pojęłam, że tylko w taki sposób cień może zostać trwale przyłączony z powrotem do świadomości i z biegiem czasu w pełni się z nią zintegrować.
Zalało mnie rozpuszczające serce uczucie miłości i zgody na samą siebie taką, jaką jestem w ciele, które przecież przyjdzie mi opuścić. Gdzieś tam, wysoko, w świetle rozbłyskującej nagle Solis, stanę się tym, kim byłem zawsze, nie wiedząc o tym nawet jeszcze.
Takie było naczelne doświadczenie dwunastego znaku Ryb, poprzedzające koniec drogi i zamknięcie Świętego Koła.

(zapisane w 2002 roku)

12:17, transwizje , Droga
Link Dodaj komentarz »
środa, 07 czerwca 2006
Dawno temu w Orionie...

"Tak więc spróbujmy stworzyć istoty posłuszne, pełne szacunku, które by nas utrzymywały i żywiły."
(Popol Vuh. Księga Rady Narodu Quiche)
 

Działo się to daawno temu, gdzieś daleko na północy, w rejonach delty Głównej Rzeki docierającej do przestrzeni gwiazdozbioru znanego w Galaktyce pod nazwą Orion. Terytorium owo, malownicze i bogate w faunę od początku było wykorzystywane jako urlopowa, a także szkoleniowa atrakcja, przyciągając wiele ciekawych i żądnych przyjemnego spędzenia czasu istot. Jako przedstawiciel Rządu na tę okolicę osiadłem tam jako jeden z pierwszych. Dorobiłem się tam własnego domku z tarasem wychodzącym na starannie uprawiany niewielki ogród. Długo był to świat całkowicie bezpieczny, ze smakiem, choć prosto urządzony, do którego ściągało mnóstwo galaktycznego luda.
Pewnego razu przybyła także szczupła, wysoka, wielkooka Dyanna z ekipą swoich pobratymców. Wiedziałem o jej postępującej nieuchronnie genetycznej chorobie, której nabawiła się w innym rejonie kosmosu. Ale ona czuła się jeszcze dość dobrze i miała nadzieję zregenerować swoje siły.

Tu muszę wyjaśnić, że od pewnego czasu nasze spokojne okolice zaczęły stawać się szczególnie i zaskakująco niebezpieczne. Głęboko mnie to zasmucało i niepokoiło. Ludzie wciąż jeszcze przyjeżdżali tutaj siłą rozpędu i przyzwyczajenia, ale wśród grzęzawisk w leśnych chaszczach rzecznej Delty zaczęły grasować drapieżne dinozaury. Wyłamały się spod wszelkiej kontroli i co rusz dochodziło do okropnych, krwawych ataków na kogoś z nas. Ostrzegałem wszystkich przed nieuwagą, lecz wciąż znajdowali się głupcy, którzy dawali się zaskoczyć tym dzikim bestiom i wpadali w ich zęby. Nie było ich wiele, może kilka, ataki również były dość rzadkie, jednak nastrój nierozwiązywalnego zagrożenia narastał i coraz częściej myśleliśmy o całkowitym odwrocie.
Wyłaniały się znienacka z krzaków i porywały przypadkowych, nieuważnych, odpoczywających na nadrzecznej łące ludzi. Spotkanie z nimi było oczywiście ostatnią chwilą ich życia.

Na razie zarządziłem odwrót tymczasowy. Większość przybyszy schroniła się w moim domku, który trwał jak bezpieczna przystań na szczycie Wzgórza. Zebraliśmy się w jednym z pokoi i rozpoczęliśmy dyskusję. Wyjaśniłem wszystkim na wstępie:
- Nasze terytorium od dawna już jest skażone różnymi chorobami zwierzęcymi. Musicie sobie uświadomić, że choruje tutaj większość gatunków zwierząt, a nawet roślin...
- Czy to jest groźne? Czy nie powinniśmy stąd po prostu odejść? - ktoś spytał.
- Zrobiliśmy wszystkie stosowne badania - stwierdziłem - Choroby nie są dla nas groźne, jeszcze, lecz... ta ich ilość... przekracza wszystkie możliwe parametry... nie uwzględniono tego w naszych przepisach, gdyż nikomu nie przyszło do głowy, że może dojść aż do takiej anomalii. Dlatego Rząd pozwala nadal na przebywanie tutaj ludzi. Jednak moim zdaniem należy wziąć pod uwagę rozkaz natychmiastowej ewakuacji wszystkich przyjezdnych ze względu na niepospolitą ilość zakaźnych chorób i skażenie nimi większości gatunków zwierzęcych... Moim zdaniem ich ilość może być równie groźna jak jakość.
Niespodziewanie w domu zrobiło się niezwykle spokojnie i zacisznie...
Ktoś mi doniósł, że Dyanna ze swoją ekipą planuje niedługo wyjazd. Poparłem tę decyzję, gdyż jej natura wydawała mi się zbyt nieposkromiona, aby móc poradzić sobie w tak trudnej, wymagającej dyscypliny i zachowania powagi sytuacji...
Wstałem i poszedłem do zajętego przez nich pokoju, aby skorzystać z łazienki. Tam jednak okazało się, że ekipa Dyanny podłączyła w łazience przewód elektryczny i przeciągnęła go od agregatu aż do okna tarasu. Nie dało się tamtędy przejść pod groźbą niespodziewanego wyładowania prądu.
- No, ale ja mam pełny pęcherz... - stwierdziłem, niezbyt zadowolony z używania cennej energii bez pozwolenia.
- Wytrzymasz, wyjeżdżamy stąd za pół godziny - powiedziała chłodno Dyanna - To jest nam potrzebne, zrozum.
Choroba zmieniła ją już na tyle, że trudno było nie zauważyć postępującego procesu utraty uczuć i ciepła w jej psychice. Od jakiegoś czasu, wraz z ekipą naukowców odwiedzała takie proste jak nasz światy, usiłując znaleźć lekarstwo dla siebie i powstrzymać degradację. W tej chwili również przeprowadzali jakiś swój eksperyment...

Trudno, musiałem się na to zgodzić, choć byłem tutaj gospodarzem. Nagle w oknie na zasuniętych częściowo zasłonach (Dyanna & towarzystwo coraz gorzej znosili pełne światło) ukazał się olbrzymi cień tyranozaura. Przebiegał tuż obok domu przez wzgórze.
Zarządziłem natychmiastową mobilizację. Pozamykaliśmy wszystkie wejścia, okna, a także skupiliśmy się wewnątrz budynku, odsuwając się dla bezpieczeństwa nawet od ścian. Dinozaur nie powinien atakować nieruchomego (martwego w jego oczach) budynku, jak sądziłem, ale lepiej było nie prowokować go żadnym ruchem czy głosem.
Po jego tak niespodziewanym pojawieniu się nastała kompletna cisza, która po jakimś czasie pozwoliła mi się nieco uspokoić. Zdecydowałem się wyjść ostrożnie na zewnątrz i ostrzec innych, którzy przebywali w okolicach.
Na naszym wzgórzu wznosiła się między innymi stara drewniana Stodoła, miejsce zbiorów energii ze światów czwartego wymiaru, a obok niej o wiele mniejsza szopka, w której gromadzono nadwyżki ze światów drugiego wymiaru. Dokładnie pomiędzy nimi rosła niewielka dzika jabłoń. Drzewo to, rokujące kiedyś duże zbiory z kształtowanego dopiero przez nas świata trzeciego wymiaru, ze względu na niedojrzałość starannie omijaliśmy, nie ingerując zbyt często w jego rozwój, zgodnie z rządową instrukcją.

Zauważyłem jakichś ludzi pod Stodołą, więc poszedłem w tamtą stronę. Chciałem nakłonić ich do ukrycia sięe. Upatrzyłem sobie w razie niebezpieczeństwa tę jabłonkę. Jej nisko zwieszające się konary powinny zniechęcić tak olbrzymią bestię do ataku.
Niestety, przeliczyłem się w swoim planie.

Nagle zza Stodoły wychyliło się niewielkie zwierzę. Był to również dinozaur, choć jakiegoś nieznanego mi gatunku. Nie miałem pojęcia czy jest drapieżny. Wiedziałem, że istnieją również roślinożerne dinozaury, ale założyłem sobie, że właśnie ten egzemplarz jest drapieżny, choćby z tego powodu, że zbliżył się tak bardzo do nas, ludzi. Poruszał się na czterech łapach, tylne były większe i bardziej umięśnione od przednich, lecz nie miał ogona, a pysk bardziej przypominał twarz istoty inteligentnej, niż znane mi dotąd krwawe gady. Miał okrągłe czarne oczy, w których błyszczała bezczelna ciekawość i najwyraźniej jakiś rodzaj inteligencji! Był na tyle nieduży, że mógł swobodnie wejść pod konary jabłoni i mnie pod nią zaatakować. To już nakazało mi szukać innych rozwiązań. Zadrżałem. Rozejrzałem się nieznacznie wokół, aby znaleźć inną kryjówkę. Niestety, zaraz z drugiej strony Stodoły wychyliło się takie samo gadzie zwierzę. Oba wyglądały na sprytne na tyle, że natychmiast straciłem nadzieję, że zdołam przed nimi gdzieś naprawdę uciec.

Ludzie zdążyli się schować, na wzgórzu zostałem tylko ja i owa dwójka gadzich "spryciarzy", naprzeciw mnie. Wtem u wrót Stodoły ukazała się jeszcze jedna, tym razem żeńska, dwunożna, gadzia istota. Zdumiałem się. Czegoś podobnego w życiu nie widziałem! Miała wzrost kilkunastoletniej dziewczynki, była humanoidem, lecz jej ciemnawa skóra wyglądała na o wiele twardszą od naszej, twarz natomiast miała w sobie coś podobnego do pyska dwóch "spryciarzy", którzy mnie wcześniej otoczyli. Uśmiechała się jednak dość sympatycznie. Hm, w wyrazie jej twarzy odkryłem coś "krowiego".
- Do diabła, co jest grane? - zamurowało mnie. Stałem nieruchomo i patrzyłem tylko. Dwaj "spryciarze" i gadzia dziewczynka stali również, wlepiając we mnie swoje niesamowicie błyszczące, ciemne, okrągłe oczy.
Niespodziewanie usłyszałem dobiegające z dala buńczuczne okrzyki i pohukiwania. Obejrzałem się za siebie zdumiony.
Na wzgórze przybyła grupka kilku młodych chłopców. Wszyscy trzymali w rękach drewniane łuki i długie, twarde, ostre i sprężyste strzały. Gonili tyranozaura! Zdumiałem się.
- Czy oni zgłupieli? Nie zdają sobie sprawy z czym mają do czynienia!? Przecież tyranozaur nawet nie zauważy tych ich strzałek...
A jednak... Chłopcy wyglądali na absolutnie spokojnych, bez śladu strachu. Rozglądali się bacznie wokół, wypatrując krwawego potwora, a ten przecież najwyraźniej uciekał przed nimi! Wszystko teraz zaczęło się dziać błyskawicznie.
Nagle ujrzałem przed sobą jedną z dwóch kobiet, które zjawiły się tu wraz z grupką chłopców. Rozpoznałem w jednej Matkę ras, druga była chyba jej siostrą. Obie były spokojne i uśmiechnięte i prędko nawiązały ze mną otwarty i przyjazny kontakt.
Przedstawiły mi gadzią dziewczynkę, a pokazując dłońmi na "spryciarzy", przyznały się od razu, że zdołały wyhodować mniej krwiożercze rasy gadzie, niż kiedykolwiek samoistnie rozwinęły się w naszej przestrzeni.
- Zaczęły wreszcie poddawać się duchowej obróbce i pomyślnie weszły w Ewolucję... - wyjaśniła mi Matka. Poznałem zatem właśnie ich przedstawicieli!

- Co prawda daleko im jeszcze do naszej subtelności, czy rodzaju smaku, ale przy umiejętnym postępowaniu można z nimi nawiązać twórczy kontakt i coś zyskać. Przede wszystkim bezpieczeństwo...
Na wzgórze wjechały tymczasem olbrzymie maszyny i rozrzuciły na polach wielkie kloce sprasowanej karmy. Była to czarna jak ziemia substancja ze słomianej sieczki pomieszanej z czymś roślinnego pochodzenia, lecz nieznanym mi. To "coś" przypominało czarną kawę i rzeczywiście, jak się dowiedziałem było "mocne" i toksyczne jak kawa, o ile nie mocniejsze.
- Na razie tyle wskóraliśmy - uśmiechnęła się Matka - Dinozaury zgodziły się przejść z krwi na karmę roślinną, lecz potrzebują się nieźle "napakować" używkami, aby nie czuć już głodu krwi. A teraz spójrz... Zobaczysz, jak to zrobiliśmy.
 
Z lasu na grzęzawiskach koło Wzgórza wybiegły pojedyncze sztuki miejscowych, absolutnie prymitywnych dinozaurów, zwabionych zapachem żywych istot. Podrzucono im na przynętę inne, roślinożerne gady, które jednak - jak się okazało - były nadmuchanymi atrapami żywych zwierząt. Dzikie drapieżniki skakały na nie, wbijały w nie kły, chcąc wyssać z nich krew, a z gumowej lalki wylatywało ze świstem powietrze i zaraz zamieniała się w pustą płachtę. Przerażone i zszokowane zwierzęta uciekały za każdym razem, aż w końcu poczuły dziki głód. W ten sposób niepostrzeżenie i chcąc nie chcąc przeszły na karmę zastępczą, z sieczko-kawy.
Po jakimś czasie pozwoliły się oswoić, a Matki wyhodowały z nich rasę łagodnych olbrzymów. Przedstawiono mi jednego z nich. Wielki, białowłosy mężczyzna z pomarszczoną niczym starzec twarzą, niezwykle silny fizycznie żywił się substancją podawaną mu w białych tabletkach i wiele się nauczył od Matek. Był inteligentny i pojętny. Tylko...
- Tylko, czy gdy opanuje całą wiedzę, którą mu się zapodaje - pomyślałem, patrząc na niego - nie zbuntuje się przeciw swoim hodowcom? Przecież fakt, że został wykreowany sztucznie, przestawiony siłą na inną karmę i oszukany co do swego pochodzenia może go w końcu rozwścieczyć! A z takim przeciwnikiem, który oprócz prymitywnej siły zyskał jeszcze inteligencję nie poradzimy sobie na pewno!
Nie powiedziałem tego jednak głośno, a Matki zdawały się całkowicie spokojne co do swego pupila.

Natomiast rasa "gadziej dziewczynki" została przeznaczona do hybrydyzacji z ludźmi. Przez głowę przemknęły mi różne konkluzje. Może to być szok dla istot ludzkich, gdy zaczną dysponować ciałem skłaniającym je do okrucieństwa, drapieżności i pożądania. Co w nich zwycięży? Gadzia, czy nasza jasna, duchowa natura?
Podczas tych wszystkich procesów wzgórze zamieniono w arenę Wielkiej Gry, którą otoczono drucianą siatką. Widzowie wylegli tłumnie ze swych skrytek i poobsiadali ogrodzenie, z fascynacją patrząc na transformujące się krwawe potwory. Usiadłem obok młodego, ciemnowłosego i ciemnookiego mężczyzny, przysłanego do nas z ramienia Rządu. Zauważyłem, że ma w sobie coś podobnego do Dyanny, mianowicie to samo chłodne, inteligentne i przenikliwe spojrzenie, które sprawiało, że każdy szybko tracił przy nim pewność siebie. Lompsay miał jednak - jak się zaraz okazało - swój prywatny "wielki plan" przejęcia kontroli nad Grą i jej efektami. Z początku nikt z nas nie zdawał sobie z tego sprawy, sądząc, że działa on w zgodzie z tajnymi dyrektywami Rządu.

Teren areny, mimo że działy się na niej tak interesujące i pozytywne przemiany był wciąż miejscem systematycznych ataków tyranozaura, który jeden nie dał się "przerobić" i zachował swój dawny krwiożerczy gust. Napadał na ewoluujące zwierzęce istoty w obrębie starannie odizolowanego pola Gry. Dlatego nikt z nas nie ośmielał się przekroczyć zaznaczonej siatką granicy. Mogliśmy jedynie przyglądać się stamtąd bezpiecznie dziejącej się poniżej akcji.
 
Siedzący obok Lompsai zerknął na mnie porozumiewawczo i nagle poczułem, że próbuje rozbujać ogrodzenie jak huśtawkę. Giętka siatka dała się szybko i niebezpiecznie rozchwiać do tego stopnia, że nagle znalazłem się wraz z moim sąsiadem prawie w środku dziejącej się na arenie krwawej jatki.
- O, nie! - zbuntowałem się, zdawszy sobie nagle sprawę z możliwych konsekwencji tego, co robimy. I w momencie, gdy siatka siłą bezwładu wróciła na swoje poprzednie miejsce zeskoczyłem na ziemię, przerzuciłem mój kombinezon przez siatkę i przeskoczyłem ponad nią na bezpieczną stronę. Dołączyło do mnie jeszcze kilka osób, siedzących po stronie Lompsai, a to spowodowało, że ten stracił równowagę i spadł do wewnątrz terenu ogrodzonego. Tam błyskawicznie zamienił się w bryłę sześcienną bez rąk i nóg. Nikt z nas nie zechciał mu pomóc. Zresztą miał teraz to, co chciał...

Wróciliśmy do mojego domku na stoku Wzgórza. Pomalowaliśmy framugi okien w piękne czerwone odcienie, które wreszcie nie kojarzyły się nikomu z bólem i cierpieniem. Patrzyłem z daleka, czekając na efekty ewolucji zwierząt w obrębie areny. Doszło już do wielu korzystnych mutacji. Patrzyły na mnie wielkimi okrągłymi oczami dzikie koty.
Czekaliśmy na chwilę, w której będzie można wreszcie pojawić się tam osobiście...

(Zapisane 3 stycznia 2004 - przekaz trwał całą noc bez przerwy)

14:27, transwizje , Smok
Link Komentarze (2) »
niedziela, 04 czerwca 2006
Znamię

"Dał też Pan znamię Kainowi, aby go nie zabił, ktokolwiek go spotka." (Księga Rodzaju 4, 15)

Ze snu o szalejącej we Włoszech zarazie wyrwało mnie pojawienie się jakiejś ciemnej postaci, która przylgnęła do moich pleców, mocna i nieodgadniona. Przelękłam się i odruchowo zrobiłam znak. Błyskawicznie uciekła. Mimo to nadal krążyła gdzieś blisko, o czym świadczył mój szalejący splot słoneczny i przyspieszone bicie serca.
- Kim jesteś? Człowiekiem żyjącym czy duchem zmarłego? A może demonem?
Dawało się w nim wyczuć wiele zawziętej ambicji i urazy, Lecz mimo to mało agresji czy  złośliwości. Przeważała pycha i przeświadczenie, że wie wszystko najlepiej, że już wszystko odkrył. Mężczyzna.
Znienacka ujrzałam dużego czarnego trzmiela o grubym odwłoku, pokrytym aksamitnym włoskiem.
- Zrobię ci test. On pokaże twoje prawdziwe intencje - zdecydowałam.
Wymyśliłam zestaw różnokolorowych farb w aerozolu i spryskałam nimi trzmiela, aby sprawdzić, w której będzie mu "do twarzy". Żółcień, czerwień i zielony zamieniały się w sraczkowaty lub brunatny, a kolor niebieski odpadał wielkimi płatami. Trzymała się go jedynie czerń z niewielkimi brązowymi nalotami.
Odbierałam jego napięcie i gorączkowe myślenie. Wiele razy musiałam się opędzać od niego znakiem, bo uporczywie usiłował przywrzeć do mnie od strony pleców albo splotu słonecznego.
- Nie boję się ciebie, dlatego przesyłam ci współczucie...
Tyle osiągnęłam, że zaczął budować wokół siebie ochronną ścianę. Zostawił w niej jednak maleńką dziurkę, przez którą dostrzegłam jego czarne, bystre oko śledzące mnie z wścibską uwagą. Prysnęłam w nie jasnym światłem, raz, drugi, trzeci. Zaczął zmykać. Światło było ciągle przed nim i za nim, a on daremnie usiłował ukryć się gdziekolwiek bądź.
- Rozkazuję ci przedstawić mi się!
Zobaczyłam go teraz o wiele wyraźniej. Był to dość niski, krępy, pucołowaty mężczyzna z kilkudniowym zarostem.
- Leonard? - rozpoznałam go ze zdziwieniem - mistrz od NLP?
Natychmiast, gestykulując wymownie zaczął opowiadać mi o sprawach tajemnych.
Na niebie pojawił się zarys twarzy opisywanej przez niego nadzwyczajnej istoty, a on ściągnął z niej dłońmi światło jak małą gwiazdkę i pokazał mi w dłoniach blisko ziemi.
- To tylko egregory, stwory naszego umysłu, manipulujące nami ze świata mentalnego. Wielkim idiotyzmem jest uważanie, że niektórzy wybrani pochodzą z kosmicznej cywilizacji oświeconych istot i narodzili się dobrowolnie po to, aby wyprowadzić zagubioną ludzkość z ciemności na światło - dyskutował - Różni ogłupieńcy tworzą organizacje tych, którzy czują, że pochodzą z nieba. Twierdzą, że tylko od skali naszej wiary zależeć będzie przyszły los ludzkości... Tak naprawdę sami tkwią we własnych sidłach, tracąc siły na rzecz tych pazernych fantomów. Uzależnieni! Im więcej ich będzie, tym mniej prawdy na Ziemi, a im mniej światła tym większy, pożerający nasze siły cień. A przecież, gdyby ocknąć się z takich fantazji sami potrafilibyśmy sprawić, że mrok się cofnie i osłabnie! To tylko nieświadomość i ludzkie zabobony!
- Moja nauka jest jednoznaczna - perorował dalej nie przerywając - Wszystko zależy od powszechnej wiary w sukces już tu na ziemi. Apokalipsa i inne przerażające przepowiednie to podstępna sztuczka tych, którym zależy na utrzymywaniu ludzkości pod kontrolą strachu. I ty dokładasz do tego swoją cegiełkę i psujesz robotę takim jak ja, demaskującym powszechną iluzję nauczycielom i terapeutom! Przestań wreszcie gadać o Nostradamusie, świętym Pawle i tym podobnych bredniach! Jeśli będzie kiedykolwiek jakaś katastrofa to właśnie dzięki takim jak ty!
Nagle pokłóciliśmy się.
- Nic nie rozumiesz i nie znasz się na symbolach! - krzyknęłam zdenerwowana jego uporem. Wtedy on zaczął przeklinać brzydko i ze złością.
Zamienił się w czarnego "opancerzonego" chrząszcza z długimi czułkami i wężowym językiem, wysuwającym się z wielką prędkością. Ogarnął mnie trans i nagle zaczęłam obserwować jego poczynania w bilokacyjnym stanie świadomości.

Najpierw usłyszałam święte hinduskie mantry śpiewane nawiedzonym głosem Lizusa Bożego w nadziei uzyskania łaski szamańskiego oświecenia i magicznej mocy. W wielkiej szkole pełnej uczniów, w której uczył, stały buteleczki z cudownymi esencjami, reklamowanymi przez Leonarda jako panaceum na wszystkie bolączki i kłopoty. Esencje "zeszły"  z nieba za pośrednictwem samego Leonarda i współdziałających z nim osób.
Otworzyłam ciekawie jedną z buteleczek i nagle rozlałam przypadkiem zawartość na ziemię. Niewiele z oczyszczających kropel zostało na dnie.
Mijałam liczne drzwi z tabliczkami, na których napisy składały się z krótkich kilkuliterowych sylab, czasem pojedynczych, a czasem podwójnych.
Za jednymi z nich ujrzałam Leonarda. Stał obok niego chudy, młody mężczyzna, jego wierny i gorliwy uczeń, Marek. Obaj uzgadniali teraz plan dotyczący mojej skromnej osoby.
W ich zachowaniu przebijała zarozumiałość i chęć ataku. Wydawali się jednak nieświadomi własnej agresji. Swój zamiar motywowali pozytywną chęcią zniszczenia moich destrukcyjnych, deterministycznych przekonań, odbierały bowiem spokój umysłu i zaufanie wielu ich młodym zwolennikom.
Nagle zrobiło się demonicznie. Leonard pod przykrywką wyleczenia mnie z mrocznych fantazji i determinizmu postanowił posłać mi wiązkę unieszkodliwiającej i obezwładniającej energii. We wszystkim towarzyszył mu jego chudy przyjaciel. Obaj byli mocno podekscytowani tym, co zaplanowali zrobić.

Ujrzałam jak Leonard spala do końca zapałkę, wpatrując się z wielką uwagą w maleńki płomyk ognia. Zaraz potem poczułam, że mnie gwałci i nijak nie mogę się przed tym obronić. Na szczęście trwało to krótko. Nagle zobaczyłam wyraźnie twarz Leonarda z wielkiego bliska, tuż nad sobą. Była dziwnie czerwona, nabrzmiała i zła. Znikła zupełnie jego świętoszkowata, słodka i dotąd pełna uprzedzającej grzeczności mina...
W samoobronie użyłam znaku. Wtem jego twarz nabrzmiała jeszcze bardziej, zwłaszcza szyja. Impulsywnie ugryzłam go w twarz i tym razem udało się!
Mimo, że działo się to pomiędzy różnymi wymiarami jakimś cudem doszło do zazębienia się przestrzeni i nagle rzeczywiście zdołałam odgryźć mały strzęp skóry na jego podbródku. Od razu wyplułam go ze wstrętem.
Na szyi Leonarda ukazała się czerwona obręcz z jaśniejszych i ciemniejszych plamek. Przypominała koraliki, które z jakichś powodów nagle zwarły się ze sobą i zaczęły nieubłaganie zaciskać na jego gardle.
Marek był wyraźnie zaniepokojony. Dopytywał się gorączkowo, co się dzieje...
Leonard spojrzał na niego z autentycznym przerażeniem w oczach...
- Mam piętno szatana! - wykrztusił ze zgrozą, chwytając się dłonią za policzek.

(1999)

14:07, transwizje , Klub
Link Komentarze (3) »
środa, 31 maja 2006
Stary Ogród

 "Zostałem więc z nim, siedząc na poskręcanym korzeniu dębu; on uczepił się huby, która zwisała kapeluszem w dół ku przepaści: Stopniowo odsłaniała się przed nami nieskończona Otchłań, ognista i pełna dymu..." (Wiliam Blake "Małżeństwo Nieba & Piekła")

Na moim stole znalazła się właśnie świeżo wydana książka z opowiadaniami w stylu fantastycznym. Kilkusetstronicowa "cegła" zawierała - wraz z dwoma pierwszymi - ostatnią, trzecią część cyklu opowieści, opartych o motywy mitologiczne zaczerpnięte wprost ze snów. Były już znane w kraju i sprzedawały się na tyle szybko, że wreszcie zdecydowano się wydać wszystkie w jednym zbiorczym tomie.
Okładkę zdobiła kolorowa ilustracja. Przedstawiała ogromne Starożytne Drzewo z pniem z dawien dawna pustym w środku i rozłupanym na pół przez jakąś potwornie silną burzę. Z jego potężnego pustego wnętrza, wypalonego przez spadły w niepamiętnych czasach piorun - wyrastały trzy podobne kikuty pni. Sterczały obok siebie od najmniejszego do największego, wszystkie w obrębie pnia Starego Drzewa. Czuło się, że korzenie pierwszego z nich sięgają mitycznych, przepastniych głębin ziemi, korzenie reszty były jednak płytsze. Całość wyglądała jak rodzic z trojgiem dzieci, z których każde wyrosło w innym czasie, lecz w bliskim miejscu.
Wszystkie pnie zawarte w jednym tworzyły nierozerwalną jedność, a najstarszy pełnił jak gdyby rolę opiekuna młodszych. Dzięki temu mogły korzystać z zasobów ciemnej Otchłani, do której sięgnęły jego prastare korzenie.
Wszystkie już całkiem omszałe ze starości gęsto pokryła drobna roślinność, powoje, grzyby i porosty, które pomagały jeszcze widzieć w nich żyjące drzewa, a nie całkowicie obumarłe, wypalone i spróchniałe drewniane kikuty. Cały ogród, nad którym dominował ów kompleks drzewny osnuwała niezwykle magiczna atmosfera. Żyła w niej jeszcze odwieczna tajemnica początku ziemskich światów i tego wszystkiego, co zostało już od dawna zapomniane, zniszczone i zmielone na pył przez przemijanie czasu. A co najwyżej ujawnia się dotąd ludzkiej świadomości podczas śnienia legend, bajek i mitów...

Autor "Opowieści Starego Drzewa" Aleksander był jeszcze całkiem młodym (no, czterdziestoletnim...) pisarzem. To opowieść jego życia, miał z nią ogromnie wiele wspólnego. W jego szczęce tkwił podobny do Starego Drzewa ząb trzonowy. Poprzez skomplikowane powiązania neuronów jego korzeń sięgał jakiegoś głębokiego i pierwotnego miejsca w pniu mózgu, korona zaś złamała się i była rozłupana na pół. Od czasu do czasu Aleksander odczuwał promieniujący z uszkodzonego zęba rwący ból i wpadał wtedy w ogromną rozpacz, lęk i depresję. Przeżywał nieopisywalne stany psychiczne, trudne do kontroli, mające w sobie coś prawdziwie złowieszczego. Odczuwał je tak, jak gdyby korzeń zęba sięgał w pradawne ciemne światy, w których wykiełkowało Stare Drzewo.
Za każdym takim atakiem, pod wpływem desperacji chory postanawiał wyrwać resztkę problematycznego zęba. Choćby nawet było to trudne dla dentysty i niebezpieczne dla jego zdrowia, a może nawet życia...
Aleksander miał jednak mądrego, rozumiejącego głębię problemu przyjaciela, pełniącego w jego życiu rolę psychologa i zarazem mentora. Stary człowiek, trochę opiekun, a trochę doradca oraz pisarz o światowej renomie, nigdy nie pochwalił zamiaru wyrwania zęba, choć zawsze w czasie trwania kryzysu pozostawiał mu całkowitą wolność wyboru.
W końcu przecież zawsze udawało się Aleksandrowi przezwyciężyć ów odzywający się okresowo piekielny ból. Zabierał się wówczas do zapisania kolejnej części "Opowieści".
W ten sposób stopniowo zgromadził znaczny zbiór opowiadań, snutych w pobliżu Drzewa, w cieniu jego ogromnego, omszałego pnia i niezliczonych pnączy obrastających jego wnętrze. Wszystkie te teksty przeniknął niezwykły nastrój. Uważny czytelnik mógł zanurzyć się w niego jak w żywy nadal świat prastarej magii.

Weszłam w ową odwieczność podobnie jak wszyscy, w kilkuosobowej grupce fanów "Opowieści". Wędrowałam z nimi poprzez ogród, szczelnie pokryty przedziwną, płożącą się nisko przy ziemi roślinnością. W jej skład wchodziły jakie tylko można sobie wyobrazić rodzaje różnokolorowych i różnokształtnych łopianów. Wszystkie były niskie, rozczłonkowane na cztery sercowate liście, tworzyły mandaliczne formy i rozsuwały się łagodnie, bez żadnych przeszkód pod stopami. Nie było wśród nich dwóch podobnych do siebie, każdy wyglądał inaczej od drugiego, choć wszystkie coś ze sobą łączyło, na przykład liczba liści, niewielka wysokość, albo specyficzne ubarwienie. Tworzyły je najróżniejsze połączenia czerwieni, fioletu, indyga, różu i żółci, nigdzie indziej w przyrodzie nie spotykane.
- Warto by zbadać dokładnie ten cudowny świat, poznać dokładnie wszystkie gatunki, podgatunki i rodzaje wchodzących w jego skład roślin - ogarnął mnie twórczy zapał. Zapragnęłam wszystkie je nazwać, posegregować według podobieństwa, opisać i wydać w Wielkiej Księdze Przyrody.
To był także świat moich snów, rozpoznałam je.
Moje stopy z przyjemnością nurzały się w miękkim, nie stawiającym oporu, żywym płaszczu, wyrosłym tuż ponad pulchną, ogrodową, czarną i żyzną glebą. Jakże tu było pięknie!

Doszliśmy do miejsca w cieniu Drzew pokrytego trawą. Pasły się tam dwie krowy o wyjątkowo dużych głowach. Przeszły obok spokojnie, z dostojeństwem przeżuwaczy i łagodną cierpliwością matek, nie zwracając na nas najmniejszej uwagi. Zauważyłam, że czują się w tym ogrodzie bezpieczne i samodzielne, jak jego jedyne prawowite mieszkanki i właścicielki.

Stary pisarz, noszący nazwisko Forest stał się współtwórcą ostatniej, trzeciej części zbioru opowiadań Aleksandra. Tylko dzięki uporowi, mądrości i wiedzy starego mistrza ta niezwykła książka mogła w ogóle przyjść na świat i zaistnieć. Została napisana kosztem ciągle powracającego rozstroju nerwowego jej autora. Dlatego ten, zamknąwszy ostatni rozdział książki pozostawił wszelkie decyzje dotyczące jej wydania starcowi.
Publiczności znana już była metafora, którą niegdyś rzucił w pewnym swoim artykule Forest. Porównał on młodego pisarza do jednego z trzech młodszych pni wyrosłych w obrębie pnia Starego Drzewa. Młody ze starym byli na zawsze tożsami, stanowiąc jedność, niczym ojciec i syn. Stary odczytał własne doświadczenia w historiach opisanych przez młodszego, a ten - dzięki jego wsparciu i wskazówkom mógł teraz zacząć odczytywać własne dzieje w moich, powstających dopiero nieśmiało literackich utworach.

Forest, poproszony przez Aleksandra do wypromowania także mojej nowopowstałej książki zasiadł do stołu z parą negocjujących z nim młodych, wysokich, pięknych, długowłosych kobiet.
Od jakiegoś czasu obie prowadziły świetnie prosperujące i coraz lepiej znane w kraju Wydawnictwo. Postanowiły namówić mistrza do podpisania umowy z ich firmą na wyłączny druk naszych książek, jak również sprzedaż tłumaczeń zagranicę.
Stary pisarz zastanawiał się długo i w milczeniu. Z powagą rozważał sprawę odpowiedzialności za wyjawienie w nich ważnych duchowych tajemnic. Mogło to sprowadzić na czytelników trudne do przewidzenia skutki.
- Przecież tajemnica została zaszyfrowana i ujęta w formie literatury fantastycznej. To chyba najlepsze rozwiązanie jakiego można było użyć... - usłyszał uspokajające zapewnienia jednej z kobiet.
- Tylko ten kto ją odczyta uzyska moc. A to naprawdę skuteczne zabezpieczenie - dopowiedziała druga.
- Ten, kto ją odczyta, ale nie okaże się jej godnym, zostanie zabity przez moc... - szepnął z powagą starzec.
Kobiety powołały się zatem na swój widocznie przeznaczony przez los związek z nim, Forestem.
- Otóż musi pan wiedzieć, że dokładnie w dniu, w którym rozpoczęło się pisanie "Opowieści Starego Drzewa" my odnalazłyśmy się w życiu - zwierzyła się jedna z nich, wysoka, długowłosa brunetka.
- To spotkanie było właściwie szczęśliwym rozpoznaniem się po nieskończenie długim okresie poszukiwań - dodała młodsza i nieco niższa wspólniczka o jasnych włosach - To chyba ważna i znacząca synchroniczność. Naszym zdaniem mówi, że nadszedł właściwy czas, aby tajemnicę ogłosić.
- Czas chroniony przez Boga... - zamyślił się stary smutny pisarz - Czas ostatni...
Głęboka przyjaźń obu kobiet wydawała się niektórym zbyt wielka, chętnie widzieliby u ich boku mężczyznę, ale one oparły swój układ na całkowitym zaufaniu do siebie i założyły Wydawnictwo na prawach wyłącznej spółki. Od samego początku rozwijało się ono pomyślnie i wciąż zyskiwało nowe rynki...
- Ach, już wiem! - przypomniał sobie po chwili Forest - To się musiało stać w chwili, w której weszła do ogrodu Ewa! Minęły ją wtedy dwie wielkogłowe krowy jak zwiastunki długiego, codziennego zysku i strażniczki materialnej pomyślności domu!
Kobiety zaczęły rozsnuwać przed Forestem wizję międzynarodowej kariery i popularności, która czekała na Aleksandra i być może także na mnie, jako jego odgałęzienia. Nasze opowieści mogły dzięki tej umowie dotrzeć do każdego chętnego umysłu, poruszyć wyobraźnię wielu ludzi i pomóc rozbudzić w nich genetyczną pamięć gatunku.
Co w końcu zechce odpowiedzieć im stary mistrz?...

Tymczasem Aleksander postanowił mnie uleczyć, abym nie wpadła w głąb ciemnej otchłani, promieniującej od korzeni zęba-jak-Drzewo. Od jakiegoś czasu bowiem zaczęłam cierpieć na niezidentyfikowane dolegliwości i wiążące się z nimi przygnębienie. Bóle i smutek rozpoczęły swoje ataki dokładnie w chwili, gdy zaczęłam zapisywać własne historie. Mijały tak samo nagle jak się pojawiały, a objawy zdawały mi się wiązać z aktualną sytuacją polityczną w kraju i na świecie.
Aleksander poprosił o pomoc kilku młodych, nowocześnie wykształconych lekarzy, którzy po naradzie stwierdzili, że owszem mam "jakieś choroby". Wręczył mi potem lekarski, kilkustronicowy receptariusz, na którym zaordynowano mi trzy rodzaje kuracji naturalnych, podtrzymujących dobry stan mojego żołądka i wątroby, oraz ciśnienia w głowie. Podano w nim także dokładną rozpiskę dat, wyznaczających astrologicznie okresy, w których groziło mi nasilenie dolegliwości. Miałam wtedy uważać, a on wraz ze mną.
- Pomogę ci, dam znać odpowiednio wcześniej, a w razie czego potrzymam za rękę - uśmiechnął się sympatycznie i smutno zarazem.
Czy jednak okaże się to skutecznym sposobem na przetrwanie mrocznych stanów, którym co rusz, od dziecka podlegałam? Nikt tego tak naprawdę nie wiedział.

Przystanęliśmy oboje z Aleksandrem przed jedną ze starych, ponad stuletnich kamienic w pewnym dużym polskim mieście, stolicy regionu. Zdawało mi się, że teraz więcej wiem i rozumiem, niż dawniej, a on czuł wyraźną ulgę, że może mi już coś naprawdę istotnego wyjaśnić.
Przed kamienicą rosło jeszcze całkiem młode, ale już wysokie drzewo o trzech wygiętych i splecionych ze sobą pniach. Jesion. Pokazał na nie ręką, trzymającą dokument z diagnozą lekarską.
- To jedno z trzech podobnych drzew, które wyrosły z pnia Starego Jesionu, rosnącego niegdyś na twoim podwórzu. Czy pamiętasz go jeszcze? Został ścięty dawno temu na polecenie twojego ojca. Pień jednak nie obumarł, a prawie natychmiast wypuścił kilka nowych pędów. Jeden z nich zdecydowano się zasadzić właśnie tutaj.
Pamiętałam to, oczywiście. Drugi jesion, wyrosły z odsadzonych pędów rósł nadal koło budynku Urzędu Powiatowego, a trzeci rodem z tamtego starego pnia od lat szumiał przed domem w mojej rodzinnej miejscowości. Przez długi czas widziałam codziennie czubek jego korony z okien swojego pokoju.
- Każdy z nich rośnie teraz jakby na innym poziomie, coraz znaczniejszym w sensie społecznym i terytorialnym - zauważyłam ze śmiechem.
 - W hierarchii struktur pierwszy reprezentuje szczebel indywidualny, drugi plemienny, a trzeci państwowy...  - wszedł mi w słowa Aleksander.
- Drugi jest celem rozwoju dla pierwszego, a trzeci dla drugiego - pociągnęłam tę myśl - Ten zaś, jako największy  z trzech obszarów zawiera w sobie oba mniejsze od siebie. Wszystkie one wyrosły z jednego korzenia macierzystego Drzewa, które nadal w nich istnieje, mimo, że już faktycznie obumarło.
- Z nimi jest dokładnie tak jak z tobą, mną i Forestem...- zamruczał w zamyśleniu Aleksander - Pamiętasz?...

(napisane w 2004 roku)

15:53, transwizje , Drzewo
Link Komentarze (1) »
piątek, 26 maja 2006
Zakładanie Krain

"Abraham spojrzawszy dostrzegł trzech ludzi naprzeciw siebie. Ujrzawszy ich podążył od wejścia do namiotu na ich spotkanie. A oddawszy im pokłon do ziemi, rzekł: <<O, Panie, jeśli darzysz mnie życzliwością, racz nie omijać swego sługi!>>".
(Księga Rodzaju, 18, 3-3)

Na początku było ich trzech, niewysokich, trochę krępych, czarnookich istot kosmicznych. Przybyli tutaj z konkretnym zadaniem.
Długo przedzierali się przez rozległe, puste tereny wykarczowanego starego lasu, kontrolowane przez ludzi Seta. Było to naprawdę niebezpieczne, zawsze było lepiej się z nimi nie spotykać. Dzięki czujności zachowywanej na każdym kroku udało im się umknąć ich uwadze, choć tamci ciągle krążyli gdzieś blisko. Dzień i noc strzegli tej pustynnej krainy przed podstępnymi pojawieniami się takich jak oni. Zawsze świetni w kontrolowaniu i niszczeniu Zalążków.
Trzej przybysze dotarli w końcu do strefy lasu, gdzie już łatwiej można się ukryć...
Zapadł wieczór. Kuląc się wprost pod drzewami spróbowali choć trochę odpocząć. Spędzanie nocy na gołej ziemi nie było jednak łatwe. Udało im się zdrzemnąć zaledwie na dwie-trzy godziny przed świtem, czuwając na przemian.
W chwili gdy zaczęło świtać, jeden z nich zauważył pomiędzy drzewami jakąś zbliżającą się ku nim postać. Poczuł obawę, ale każde poruszenie mogło ją dokładnie na nich skierować, więc tylko patrzył jak idzie, leżąc plackiem, ukryty w poszyciu leśnym.
Podszedłszy bliżej istota zauważyła ich, ale okazało się, że jest przyjazna. Zwolniła kroku, gestem ręki demonstrując pokojowe zamiary, a oni wstali na nogi. Ukazali się jej w całej swojej (krępej i niewysokiej) okazałości.
Po krótkiej wymianie wyjaśniających najważniejsze sprawy zdań zapadła decyzja. Zostaną zaprowadzeni do ludzi, rodowitych mieszkańców tej leśnej krainy. Tylko oni mogli podjąć decyzję na temat dalszego losu Wędrowców na tym terenie.
Poprowadzeni przez przewodnika trafili na duże karczowisko szczelnie otoczone puszczą z umiarkowanej klimatycznej strefy. Rozległa polana była dokładnie zagospodarowana połaciami uprawnych pól i rzędem drewnianych chat pokrytych słomianymi strzechami, ukrytych w cieniu drzew. Przewodnik sprowadził do nich kilkoro ludzi ze starszyzny. Ci natychmiast zaczęli się zastanawiać, co zrobić ze szczególnymi gośćmi.
Wśród nich dało się zauważyć drobną hybrydę z połączonej rasy szarych istot i ludzi, była to kobieta. Przybysze natychmiast przeniknęli jej umysł, szczery i otwarty na udzielanie odpowiedzi. Dowiedzieli się, że kobieta usiłuje odbudować sobie tutaj płeć, ale jak dotąd niezbyt jej się to udaje.
- Pięćdziesiąt procent genów swojej rasy musi przemieszać jeszcze raz z ludzkimi w kolejnym pokoleniu, co ma zmniejszyć je do dwudziestu pięciu procent, aby potem znów spróbować z szarakiem - wyjaśnił im przewodnik.
Przybysze łatwo zauważyli, ze pomimo, iż była istotą bardzo słabowitą miała wielki autorytet w gromadzie i to od niej właściwie zależała ostateczna decyzja o ich do niej wstąpieniu.
Starszyzna udała się na naradę do jednej z chat, a oni czekając na ostateczny wyrok zajęli się swobodnym zwiedzaniem leśnej wioski.
Właśnie przywieziono zbiory z pola. Goście patrzyli z uznaniem na dużą ilość żółtawozłotej, dorodnej kukurydzy przesypywanej do worków. Tutejsza ziemia była żyzna i plony z niewielkiej jej ilości mogły wykarmić wielu mieszkańców.

Wkrótce z lasu wyszła spora gromadka młodzieży. Wszyscy o czymś żywo ze sobą rozprawiali, w zaaferowaniu nie zwracając uwagi na otoczenie. W pewnej chwili jedna z dziewcząt oderwała się od rówieśników i podeszła do starszych. Już z daleka narzekała na zachowanie i postępowanie pozostałych członków grupy. W jej głosie brzmiała pretensja i ton oskarżenia.
- Poparli Magdalenę. Uważam, że to niesprawiedliwe i kłóci się z początkowymi ustaleniami. Jeśli tak dalej pójdzie Plan może się rozsypać od środka z braku jedności... 
W grupie panowały starannie ustalone zasady. Wszyscy wiedzieli, że należy się ich pilnować, a świadoma wierność im była w wielkiej cenie. Dlatego nikt ze starszyzny oficjalnie nie zganił dziewczyny za oskarżanie reszty.
- Jak w takim razie postąpisz, Marto? - spytał w zamian jeden ze starców.
- Zwrócę im uwagę i pouczę co do zasad. Ich wielkie znaczenie jest zagrożone tą jej nieopanowaną potrzebą wolności dla uczuć.
- A jeśli się nie zastosują?
- Właśnie! Trzeba będzie wymyślić jakiś rodzaj pouczającej kary za nieposłuszeństwo. Dlatego zwracam się do was o wsparcie mojego zdania.
- Odpowiedz jednak sobie najpierw, co bardziej kochasz; zasady, czy wolność... - poradził spokojnym głosem stary człowiek.
Dziewczyna chciała od razu coś odpowiedzieć i już otworzyła usta, ale starzec przerwał jej ten zamiar:
- Nie, nie chcę, abyś mi na to teraz odpowiadała. Przemyśl sobie wszystko dokładnie, masz czas...

W końcu wszyscy odeszli gdzieś dalej. Mieli po piętnaście, najwyżej szesnaście lat, ale byli nad wiek wysocy i inteligentni. Przygotowywali się już do matury. Ich rozmowy toczyły się na wysokim poziomie merytorycznym i filozoficznym. Niesamowite, nowe pokolenie ludzi, którego potencjał rozwoju przerastał wszystko, co do tej pory osiągnięto we wszechświecie. Kiedy dorosną, zaczną dyktować nowe Prawo wszystkim mieszkańcom Ziemi i kosmosu...

Przybysze dostali wreszcie zgodę starszyzny na zamieszkanie wśród owych leśnych ostępów.
- Nazwiemy je Polska - oznajmił natychmiast jeden z nich. I zaraz z nagłym  rozluźnieniem pochwalił się dotychczasowymi osiągnięciami, aby ich upewnić, że miejscowi dobrze zrobili, godząc się na współpracę z gośćmi. Stwierdził:
- W kraju Szinear już przecież ŻEŚMY SOBIE poradzili...
Był odprężony i radosny. Ich misja przebiegała bez zakłóceń.

19:50, transwizje , Droga
Link Komentarze (10) »

Setki lat później pewna znakomita polska dama, spędzająca wiele czasu zagranicą zjawiła się w arystokratycznym salonie, w którym zbierała się śmietanka towarzyska wysoko urodzonych osób, wywierających wpływ na opinię publiczną Paryża, a tym samym całej cywilizowanej Europy. Po powrocie z rodzinnego kraju miała zamiar obdzielić wszystkich zebranych szczegółową relacją na temat wrażeń ze swej dalekiej i dla większości obecnych - egzotycznej podróży.
Przy okazji zabrała ze sobą owoc swojego życia, dziesięcioletniego synka Aleksandra. Chłopczyk, ubrany w szyty na miarę kontusz polskiego szlachcica, z wysoko zawiniętym pasem wydawał się bardzo dumny ze swojego barwnego i egzotycznego w tym miejscu wyglądu, natomiast matka, trzymająca się najnowszej francuskiej mody - o wiele mniej. Mimo, że nikt jej o to nie pytał, zaczęła z pewnym zażenowaniem tłumaczyć wszystkim, że niestety nie miała wpływu na wybór stroju przez syna, będącego w tym wypadku pod wpływem ojca, niepoprawnego polskiego patrioty.
Każdy bystry obserwator łatwo mógł zauważyć, że nie lubiła zbytnio swego męża, ani go nawet nie szanowała, mając go za prostaka i nieudacznika, którego należy raczej skrywać wobec innych, niż się z nim obnosić w europejskim towarzystwie. Tak naprawdę przecież ów bystry, śmiały i samodzielny chłopczyk nie był jego dzieckiem, ale o tym wiedziało tylko kilka osób z najbliższego otoczenia...
Ten fakt jednak wystarczał, aby była niezadowolona z wychowawczych wysiłków oficjalnego ojca, psującego - według niej - subtelne wpływy francuskiej krwi, płynącej tak naprawdę w żyłach chłopca...

Wkrótce dane mi było zajrzeć głębiej pod podszewkę tamtej historii i spróbować dociec jej ukrytych w przeszłości przyczyn...
Przed okiem mojego umysłu odsłoniło się wnętrze kilkupiętrowego zamku królewskiego. Panował w nim żywy nastrój drugiej połowy XVIII-go wieku. Rozpoznałam Wersal, kulturową stolicę ówczesnej Europy.
W ogromnych, wysokich holach na poszczególnych piętrach, tuż przy szerokich schodach wybudowano z artystycznym gustem zabezpieczające barierki, skutecznie imitujące balkoniki. Na każdym piętrze zbierało się tam liczne, rozgadane towarzystwo arystokratów i królewskich dworzan. Wszyscy spędzali tu czas głównie na flirtach, rozmowach i ploteczkach. Panie wysiadywały na taborecikach i krzesełkach, ustawianych tam najpierw przez służbę, niektóre z ręcznymi robótkami w dłoniach, inne z wachlarzami, służącymi do zasłaniania ust w trakcie tajemniczych poszeptywań do ucha sąsiadki.
Rzuciwszy okiem na jedno z wyższych, może drugie, lub trzecie piętro można było spostrzec jakieś ukryte poruszenie wśród zgromadzonych. Poprzez rozsyłanych wszędzie służących, którzy pochylali się dyskretnie do ucha wybranych najinteligentniejszych ludzi, aby przekazać im ciche polecenie, zwoływano właśnie jakąś tajną i ważną naradę...
W owym czasie nie interesowało to jednak osoby, której oczami teraz przyszło mi patrzeć. Świat dworu, krzykliwych fryzur, peruk, makijaży i strojów, intryg, romansów, rywalizacji o stanowiska, cały ten królewski sztafaż i blichtr - wydawał się odwieczny i niezmienny jak ziemia i niebo. Widać było, że większość czuje się jeszcze jak zwykle bezpiecznie i nie zauważa zbierających się powoli nad Francją chmur, które niedługo miały zaowocować krwawą rewolucją i zamienić Paryż w rzeźnicką jatkę.
Patrzyłam na to wszystko oczami młodego francuskiego szlachcica, wchodzącego dopiero w życie dworskie. Pobyt w królewskim pałacu był dla niego czasem zdobywania kobiet, zabaw, drobnych intryg, dość częstych doświadczeń seksualnych i uczuciowych. Nie należał do nadmiernie cnotliwych, choć również daleko mu było do częstej w tym otoczeniu rozwiązłości obyczajów. Atmosfera dworska umiała łatwo przyprawić takiego jak on młodego, ambitnego człowieka o zawrót głowy.

Obserwując grono pań szlachcic ów zauważył, że wiele osób skupiało z podziwem uwagę na pewnej Polce o imieniu Anna, bardzo zręcznie rysującej z pamięci plan budynków pałacowych. Było to tylko jej wyobrażenie posiadanych gdzieś w dalekiej ojczyźnie włości, które jednak pragnęła według swoich zamysłów rozbudować, zastosowawszy oświecone zachodnie wzorce. Wierzyła, że mogłoby to powstrzymać gospodarczy i polityczny rozpad jej ojczystego kraju,  coraz bardziej zagrożonego na tamtych terenach interwencją sąsiadującego z Litwą i Polską - cesarstwa Rosji.
Daleka, wschodnia miejscowość zwała się w jej dziwacznym języku kompletnie niepowtarzalnie, She...mya...tytche.
Wielu obecnych okazywało zainteresowanie i patrzyli z prawdziwym podziwem jak Anna szybkimi ruchami ołówka robi na kartonie szkic miejsca, które jeszcze do końca nie istniało w omawianej formie. Rozpytywana o szczegóły chętnie i dokładnie opisywała rodzaj bocznych wejść do kilku przybudówek, których na tym akurat rysunku nie mogła narysować en face, ale znała już ich kształt, rozmiary i cele.
Z jej opowieści wysnuł się zaraz obraz owego miejsca całkiem rzeczywiście.
Teraz przed moimi oczami stanął wysoki pałac, własność Anny. Miał liczne drobniejsze, oranżeryjne i gospodarcze przybudówki z boku, a tuż przy nim ciągnął się starannie uprawiany - długi, wąski, otoczony z dwóch stron budynkami i wysokim murem z tyłu - ogród.
Zobaczyłam, że aktywna uprawa egzotycznych roślin i drzew zajmą ją głęboko i staną się także wielką pasją i początkiem naukowych zainteresowań Aleksandra, syna jej siostry. Ten ostatni ukazał mi się już teraz.
Posyłał właśnie służącego na sam koniec ogrodu do jednego z kilku "uli" (wbrew pozorom były to kamienne piwniczki, zamykane na kłódkę, w których magazynowano różne łatwo psujące się owoce i warzywa) po jakiś konkretny produkt. Tłumaczył mu, że jest tam uszkodzony system oświetleniowy i należy najpierw wziąć ze sobą świecę do zapalenia.
- No, cóż trzeba się będzie sowicie napracować, aby wytłumaczyć tym porosłym niedźwiedzią sierścią i obutym w łapcie Litwinom i Rusinom sens i użyteczność najprostszych wynalazków nauki i techniki... - uśmiechnął się młody francuski szlachcic.
W okolicy pałacu - jak wyniknęło zaraz z dalszej opowieści polskiej księżnej - żył podobno autentyczny pustelnik, uważany przez miejscowy lud (naturalnie skłonny - jak powiadano - do mistycyzmu) za świętego, zwano go świętym Aleksym. Był to człowiek absolutnie wyzbyty materialnych potrzeb, żyjący tylko z drobnych datków, ubierał się w szmaty, albo chodził zwyczajnie, półnago... istny dzikus, yurodivy...
Ale to może rzeczywiście (choć trudno mu było jakoś uwierzyć, patrząc na pałające podnieceniem policzki idealizującej Anny) szczęśliwe miejsce, gdzie ludzie prości żyli i pracowali w zgodzie z naturą i swymi odwiecznymi  tradycjami, magnaci  usiłowali zadbać o planowe ukształtowanie i zreformowanie swego kraju, a mimo - że postronnym mogło się ono wydawać zamieszkane przez ciemny lud, to jednak niektórzy byli tam bliżej Boga i Prawdy, niż oni, mieszkańcy zachodniej Europy, mający się za "oświeconych" i o wiele bardziej cywilizowanych?

Przebywając w grupie pań i bawidamków młody szlachcic często zerkał z przyjemnością na wysoką, wesołą Manuelę. Podobała mu się i wiedział, że on jej również. Była inteligentna, a to w jego oczach stanowiło dużą zaletę, oraz obdarzona żywym sprytem i poczuciem humoru, co go rozluźniało i ułatwiało wejście w zabawowy nastrój. Oj, chyba oboje mieli się ku sobie w sposób niedostrzegalny dla innych.
Tak naprawdę jednak czuł głębszy związek z inną dziewczyną, jej przyjaciółką, Teofilą. Była Polką, siostrą owej zapalonej magnatki-ogrodniczki. Jako członkinie wysokich rodów obie z Manuelą wysiadywały często na "balkoniku" przy klatce schodowej w tym samym królewskim pałacu.
Niestety, młody szlachcic nie dorównywał jej ani majątkiem ani znakomitością urodzenia i nie mógł zaradzić dziejącym się na jego oczach wydarzeniom. Wiedział, że otoczenie z zapałem swatało Teofilę z wybranym kawalerem, skutecznie doprowadziwszy do ich poznania się i zaręczyn. Podobno była to dla niej bardzo dobra partia. Ich majętności leżały blisko siebie, gdzieś tam za Wisłą i Bugiem, a rody już od dawna były ze sobą skoligacone. Przyglądał się więc wszystkiemu z daleka, nie ośmielając się ingerować w tę zaaranżowaną przez innych sytuację.
Teofila siedziała na długiej ławie w pewnej odległości od swego przyszłego narzeczonego i dość nieudolnie usiłowała się "produkować" ze swoimi talentami. Mariaż wydawał jej się koniecznością, rytuałem, który musiała odprawić każda panna w jej wieku, ale potem...
Młody mężczyzna odsunął się w końcu, czując, że tak naprawdę to właśnie oni byli sobie przeznaczeni i prędzej czy później Teofila będzie jego... Wszystko zależało od miłego uśmiechu i delikatnego muśnięcia ręki w przejściu, posuwistego spojrzenia i zręcznie podanego liściku, a na tym całkiem dobrze się znał, więc nie tracił nadziei. Póki co wrócił zatem do swojej dowcipnej Manueli...

Aby jednak zrozumieć wszystkie niuanse polityczne i symboliczne tamtej historii, w której przyszło się narodzić, a potem działać Aleksandrowi, stan wizji kazał mi cofnąć się jeszcze dalej i głębiej w przeszłość. Tak oto zaczął odkrywać się przede mną czas za-przeszły, kompletnie zapomniany przez moją i nawet jego świadomość...
Niespodziewanie oczom mojego umysłu ukazała się ogromna, spokojnie płynąca przez pustynny, spalony upalnym słońcem kraj - rzeka. Rozpoznałam Tygrys. Majestatycznie przecinał rozległą srebrną smugą suche połacie perskiego imperium. Powstało ono na gruzach Babilonu oraz niegdysiejszej kultury sumeryjskiej i legendarnego już nawet wtedy "kraju Szinear". Persja także bliska była upadku.
Po leniwie toczących się wodach Tygrysu płynęło wolno kilka niewielkich, płaskich łodzi, zbliżonych wyglądem do trzcinowych tratw. Przewoziły grupę ważnych dostojników państwowych, którzy odwiedzali po kolei rozsianych wzdłuż biegu rzeki władców prowincji należących do imperium, oraz sąsiednich, drobnych królestw. Dowodził nimi wysoki, szczupły, półnagi Żyd, osobisty doradca i wysłannik króla. Był to młody, inteligentny mężczyzna z nagą czaszką o rosnącej dziko czarnej, długiej, nigdy nie przycinanej, sięgającej pasa brodzie.
Podróżując w stronę ujścia Wielkiej Rzeki zwoływał wszystkich okolicznych władców na ważną dla dalszych losów imperium naradę. Szykowała się decyzja rządów, której należało w porę zapobiec, choć niewielu jeszcze dostrzegało potrzebę zrobienia tego, ani nawet nie zdawało sobie sprawy z narastającego zagrożenia...
Jeden z nich wydawał się doprawdy prawdziwym dzikusem. Trudno powiedzieć czy był to przyjaciel, raczej jednak sprzymierzony do tej pory, ale potencjalny wróg i przyszły niszczyciel starego państwa. Witał posła stojąc na brzegu w otoczeniu swojej świty. Przybyły skłonił się z nieodgadnionym wyrazem twarzy przed półnagim, łysym olbrzymem o sinawych, wykrzywionych złością i pogardliwym uśmieszkiem grubych wargach. Z nim także - mimo dezapropady reszty królów i książąt - trzeba było wejść w układy, ponieważ dowodził potężną armią równie dzikich i okrutnych, niepoczytalnych jak on sam ludzi...

Rzeka, tratwy i przewoźnik, odpychający tratwę od dna długim kijem zmniejszyły się nagle i nałożyły na większy od siebie, powracający obraz XVIII-wiecznego zamku wersalskiego, a w nim zebranych na jednym z najwyżej położonych "balkoników" ważnych ludzi, sprawujących jakąś formę władzy. Zeszli się tutaj zwołani tajnym rozkazem, aby uzgodnić między sobą plany działania na przyszłość. Siedziało wśród nich pięciu odpowiedzialnych, inteligentnych i wykształconych mężczyzn, specjalnie wybranych spośród polskiego społeczeństwa przez francuskiego cesarza dla utworzenia tymczasowego rządu na świeżo odebranych Rosji ziemiach litewskich.
Jednym z nich był Aleksander, niegdyś ów mały chłopiec strojony w polski kontusz, aby budzić zdumienie na salonach paryskiej arystokracji. Wszyscy (a najbardziej on) byli niezadowoleni z tego, że ich wspólnie podejmowane decyzje zależą od ostatecznego zatwierdzenia rządzącego nimi bezwzględnego i ambitnego "Superszprycy". Pragnęli reform, które mogły zapobiec nadchodzącej szybkimi krokami katastrofie niechcianej i zupełnie niepotrzebnej wojny z Rosją...

Krąg tych ważnych, spiskujących postaci zastawiało i osłaniało okrągłe lustro w ozdobnych, rzeźbionych ramkach. Odbijała się w nim doskonale podobna sytuacja sprzed dwóch i pół tysiąca lat... Przeglądał się w nim teraz przewoźnik z kijem, zwracający się do kogoś ważniejszego od siebie, aby zdać mu relację z odbytej właśnie wzdłuż brzegów Tygrysu podróży...

(zapisane w 2003 roku)

copyright by Celestia

19:48, transwizje , Droga
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 25 maja 2006
Stara Księga

1.
Dom mojej babki miał wiele zakamarków, do których zabraniano wchodzić nam, dzieciom. Należał do nich strych z ogromną ilością niepotrzebnych, a absolutnie fascynujących mnie przedmiotów, piwnica, do której schodziło się po drewnianej drabince, otwarłszy klapę w drewnianej podłodze w kuchni, oraz pokój gościnny z biblioteką w środku i białym kaflowym piecem, w którym zimą rozpalano ogień tylko podczas wizyt gości od wielkiego święta.
Stara oszklona biblioteczka zawierała równo poukładane grube książki, których przeczytanie było moim gorącym pragnieniem, wręcz pożądaniem. Czasem więc pod nieobecność babki w domu (która była kobietą pracującą o różnych porach dnia i nocy), gdy zmęczony po pracy dziadek zdrzemnął się w bujanym fotelu, udawało mi się niepostrzeżenie wyciągnąć klucz z szuflady kuchennego kredensu i wejść cichutko do tajemniczego pokoju.
Gorączkowo i z napięciem przebiegałam wzrokiem tytuły i autorów książek na półkach. Były wśród nich głównie popularne powieści, które szybko poznałam. Cykl książek Londona, Coopera, Curwooda, obu Dumasów, Rodziewiczówny, Sienkiewicza, baśnie braci Grimm oraz ilustrowane niesamowitymi rycinami Andriollego pisma Adama Mickiewicza. Pośród tego zestawu, wetknięta na najwyższą półkę tkwiła gruba książka w twardej oprawie z licznymi, kolorowymi ilustracjami, której tytuł i autora już dawno zapomniałam. W tamtych czasach przeglądałam ją wielokrotnie wdrapawszy się na krzesło, aby jej dosięgnąć i daremnie próbując dociec jej treści. Przypuszczam teraz, że dotyczyła jakichś biologicznych wtajemniczeń w życie komórkowe na Ziemi.
Ta właśnie książka ukazuje się teraz w moich snach jako Księga Wtajemniczeń. Za każdym razem wydaje mi się fascynująca i absolutnie niezgłębiona... Zawsze biorę ją z nabożnym szacunkiem do ręki, przeczuwając ogromną, acz niezrozumiałą wagę jej zawartości.

2.
Ów szacunek czułam także wtedy, gdy pojawiła się w formie wielkiej książki w czarnej i sztywnej okładce, do złudzenia przypominającej jeden z tomów dzieł Lenina, Marksa lub Stalina, wydawanych w masowych nakładach w czasach komunistycznych. Papier był w niej gruby i kredowy, litery duże, wyraźne, jakby drukowane dla dalekowidzów albo małych dzieci. Zawierała także mnóstwo kolorowych obrazków na każdej stronie.
Jej tytuł brzmiał: "Czy socjalizm to komunizm?" i doszłam do wniosku - oceniając pobieżnie jej treść - że jest to jakieś specjalistyczne dzieło, służące do naukowego odróżniania od siebie podobnych z pozoru pojęć. Zaglądnąwszy jednak do środka i wgłębiwszy się w tekst ze zdziwieniem stwierdziłam, że treść Księgi opisuje dokładnie życie na jakiejś innej niż Ziemia planecie...

Liczne ilustracje w początkowych rozdziałach ukazywały tamtejszych mieszkańców w średniowiecznych zbrojach z mieczami w rękach. Musieli mieć podobną do naszej epokę ścisłego podziału wartości na dobre i złe, dyskusji i starć na śmierć i życie, a co z tego wynika także czasy krucjat religijnych i walk o zwycięstwo prawdziwego wizerunku Boga nad fałszywym.
Dalej, w miarę zagłębiania się w tekst, dochodziło się do czasów podobnych do nam współczesnych na Ziemi. Obrazki ilustrowały jak najdokładniej wszystkie obyczaje panujące na owej planecie. Można się było z nich dowiedzieć, że tamtejsi ludzie, niezależnie od płci wszyscy korzystali z pisuarów, które nazywano tam bidetami. Siadało się na nich okrakiem podwiązując się jakimiś łańcuszkami, twarzą do ściany.
Przypomniało mi to japońską praktykę zazen, w której kiedyś uczestniczyłam. Wszelkie pragnienia i emocje wycisza się w niej podczas siedzenia i wpatrywania się uparcie w ścianę przed sobą. Ma to służyć rozpuszczeniu indywidualnego ego i zanurzeniu się w jednolite światło umysłu.
Innymi słowy dawne średniowieczne poglądy na życie zmieniły się na owej planecie o tyle, że ludzie zaczęli dobrowolnie praktykować samooczyszczanie. Wszystko po to, aby świadomie osiągnąć poziom wspólnego umysłu i prawdy swojego gatunku, która stała się dla nich najważniejszym i głównym Prawem.
Stopniowo wszelka odmienność między jednostkami zanikła i ludzie niezależnie od pochodzenia czy płci połączyli się w duchową jedność. Przy okazji znikły także fizyczne różnice pomiędzy kobietami i mężczyznami.
Na koniec Księga podawała, że rozwój cywilizacji na owej planecie osiągnął tak wysoki poziom i globalny zasięg, że powstała Wspólna Dusza planety, która ostatecznie oderwała się od niej i poszybowała w kosmos, w poszukiwaniu innych światów do zasiedlenia. W tym miejscu Księga ukazała ilustrację orbity niedużej planetki i punkt perihelium, z którego nastąpiło owo oderwanie...

Wracając zatem do sensu tytułu Księgi to dawała ona przykład "socjalizmu", tym różniącego się od totalitarnego "komunizmu", że zbudowano go dobrowolnym wyrzeczeniem się swojej indywidualności przez jednostki oraz wytrwałą pracą nad uzyskaniem wspólnej duchowej świadomości wszystkich członków społeczeństwa. W efekcie Wspólny Umysł zawarł w sobie świadomość każdego członka społeczności na równych wobec ogółu prawach, ale zgubił na drodze swego powstawania wszelkie jednostkowe różnice.
Z kolei Wspólna Dusza planety, na której zapanował totalitarny komunizm zmuszający poszczególnych członków do mrówczej pracy na rzecz ogółu wykształciła w sobie ukrytą hierarchię władzy, na której szczycie stanęła egoistyczna, super-świadoma jednostka zarządzająca nieświadomymi jej istnienia masami...

3.
Innym razem pojawiliśmy się w bibliotece mojej Babki w trzyosobowej grupie, aby dotrzeć do Starej Księgi i poznać zawarte w niej, niezwykle cenne dla nas na przyszłość zapisy. Księga była oczywiście zamknięta, a dojście do niej kontrolował mój ojciec, nieogolony, pijany, podstępny. Chwyciliśmy szybko to, co wpadło nam w ręce, każde z nas inną książkę, a ja ową Księgę, której od dawna szukałam. Zachłannie wertowałam bogato ilustrowane strony, aby zapamiętać jak najwięcej niezbędnych informacji, nim ta możliwość zostanie mi odebrana... W nerwowym i czujnym  pośpiechu zdążyłam przeczytać, że dawno temu rozwinęła się rasa istot, które osiągnęły tak wysoki poziom swojego ewolucyjnego rozwoju, że przedostały się na "drugą stronę wszechświata".
Księga zilustrowała ów fakt w ten sposób, że na jej stronie, jak na ekranie komputerowego monitora pojawiła się forma kuli z punktowym centrum (był to obraz  wszechświata), a wymienione istoty odbyły drogę z jednego brzegu kuli na drugi, przeciwległy na niej, przemieszczając się po linii prostej, przecinającej owo centrum. Była to grupa Antychrysta. Następnie ustanowiła w niższej przestrzeni, w której się poprzednio narodziła i z której już wyszła - hierarchię, zogniskowaną na "nieomal najwyższym poziomie", który zdołała osiągnąć.
Ja należałam do innej grupy istot, dzieci tamtych. Wyegzekwowaliśmy teraz od Antychrysta, naszego ojca to, że na mocy powszechnego Prawa musiał nas wpuścić do Biblioteki. Przecież tak naprawdę nie była to jego biblioteka, a mojej babki i miałam do niej te same prawa co on.
Mój ojciec, będący szefem antychrystów (wraz z jeszcze jednym osobnikiem, który był mu absolutnie posłuszny, stanowiąc jego cień) owszem wpuścił nas do biblioteki i pozwolił spojrzeć w książki, ale szybko zauważyłam, że przedtem starannie je wszystkie przejrzał i większość interesujących pozycji odłożył dla siebie. Tłumaczył się nam obłudnie, że chciałby je sobie przypomnieć pierwszy.
Wyjął mi również z rąk i odebrał Starą Księgę, która była wśród tych wybranych przez niego tytułów, a mnie zostawił jakąś przygodową historię wyprawy na inny kontynent i coś jeszcze, niewiele jednak istotne dla celów, które pragnęłam osiągnąć...

4.
Wiedziałam już jednak czego naprawdę szukam i nie ustawałam w przywoływaniu następnego snu o Księdze. W końcu udało mi się trafić na jej fragmenty w dzielnicowej bibliotece, prowadzonej przez pewnego emerytowanego wykładowcę z dziedziny psychologii głębi. Opisałam mu z grubsza jaki temat najbardziej mnie interesuje i ten zaprowadził mnie do regału z rzadko wypożyczanymi książkami. Na najwyższej półce stała trylogia pod tytułem: "Historia wojny w Orionie".
- Zerknij w opowieść o walce z gadzimi istotami, które podczas pierwszej wojny światów zostały stamtąd zrzucone na Ziemię... Tutaj toczy się obecnie druga wojna i my bierzemy w niej udział...
- Świetnie. To rzeczywiście bardzo ciekawe.
Przeczytałam ją z zapartym tchem.
Trzeci tom traktował o dziejach tej strasznej wojny już na Ziemi. Grupa istot, które rozpoczęły wyzwalający duchowy przekaz dla ludzi skonstruowała skomplikowany system, który w książce symbolicznie zobrazowała wąska wysoka Wieża. Dłuższe przebywanie w pomieszczeniu na szczycie stało się dla nich z biegiem czasu bardzo niebezpieczne, dlatego po kolei wszyscy zeszli z niej w dół czyli w niższe wymiary. 
Wieża stała w niebezpiecznym rejonie. Szybko przeszli brzegiem morza, w którym zabito niedawno wynurzającą się z wody Bestię. Był to jakiś rodzaj strasznego drapieżnego dinozaura. Całej czwórce udało się ominąć to miejsce niepostrzeżenie, ale ledwie odwrócili się za siebie spostrzegli, że Bestia w oddali znów się wyłania...
Chwyciła jednego z nich, gdy nieopatrznie zatrzymał się na brzegu i pożarła go, szamoczącego się jeszcze chwilkę w wodzie. Zaraz potem zjawiła się druga, identyczna. Były to samice i obie zaczęły teraz walczyć ze sobą o dominację w morzu...
Dalej Księga traktowała o dwóch wojnach z Niemcami i zbombardowaniu potworów w czasie drugiej z nich przez wojsko Sprzymierzonych. W wyniku tego zwycięstwa pojawiła się na niebie cudownie niebieska zorza okolona błyszczącymi gwiazdami.
Trójka pozostałych bohaterów książki nie chciała jednak na to patrzeć, dobrze wiedząc, że to jeszcze nie koniec pojedynku. Osiedlili się w spokojnym i cichym miejscu, gdzie wydawało się, że walki toczą się bardzo daleko stąd. Cały czas jednak wzrastał w nich wielki niepokój i byli świadomi faktu, że nie mogą nigdzie zagrzać miejsca, ani tym bardziej przestać czuwać.
Nagle wpadł przez okno do ich domu smoliście czarny owad podobny do skrzyżowania muchy i pszczoły. A wraz z nim straszne podejrzenie, że to zaczynający właśnie wylęgać się pomiot z zabitych już gadzich bestii, który wykluł się z pozostawionych przez nie gdzieś w nieznanym miejscu jaj...

18:41, transwizje , Księga
Link Komentarze (2) »

5.

Odczyty ze Starej Księgi przychodziły do mnie w różnym czasie i przypominały chaotycznie rozrzucone puzzle. Ogólny obraz i jego sens zrodził się dopiero na koniec, gdy zestaw otrzymanych informacji zaczął układać się w logiczny kształt.  Na samym początku powinna znaleźć się historia Starego Boga, ale do mnie przyszła ona jako któraś z kolei...
Był on tym, który pierwszy wyszedł POZA. Tam uzyskał nieśmiertelność i postanowił wrócić w świat, z którego wychynął, aby ustanowić się w nim jedynym bogiem. Tym razem dotarł najdalej w głąb i wyłonił się w czasie bliskim początku. Tam ustanowił swoją hierarchię, której jest jedyną głową. Zbudował ją jak państwo totalitarne. Obwarował się dogmatami i przepisami, prawami i karami, które strzegą porządku pośród szaleńczego i dzikiego chaosu pierwotnych kosmicznych energii.
Z biegiem czasu zrodził swoich synów i córki, bogów i boginki. Gdy kończyły się cykle ich istnienia wchłaniał ich w siebie z powrotem, jedyne istniejące Ja. Stary Bóg. Krogulczonosy starzec, Saturn. Sam wśród tych, dla których stanowił jedyny sens i ostoję, znudzony, zmęczony, udręczony. Pewnego razu, gdy tak siedział w samotności na swojej stromej górze ktoś stanął przed nim. Jedno z dzieci, które dotarło tam o własnych siłach. Jego syn, Jowisz.
- Skąd tu się wziąłeś? Jak tu dotarłeś? To niemożliwe!
- Możliwe, spójrz! Trzeba tylko w to uwierzyć!
Jowisz pokazał mu dłonią drogę, którą przeszedł, aby dostać się na górę. Wiodła pionowo wzdłuż skały. Spadał nią teraz cienki strumyczek czystej jak kryształ wody. Stary Bóg spojrzał w przepaść, wychylił się i nagle runął w dół...
Jowisz obserwował ze swojego miejsca na szczycie jego długi, prawie niekończący się lot ku tafli jasnego, górskiego jeziora, utworzonego przez ów niewielki strumyk... Starzec koziołkował bezwładnie. Czy naprawdę coś mogło mu pomóc w tamtej chwili? Tylko rada, której udzielił mu wcześniej ten, który zajął jego miejsce.
Nagle na błękitnym niebie pojawił się Orzeł i precyzyjnym lotem pikowym w dół rzucił się za Starcem, schwycił go w potężny dziób i zaniósł na drugi brzeg. Tam... gdzie świeci oślepiająco jasne słońce, Solis.

Jowisz, jeden z synów starego boga jakimś cudem oderwał się. Nie, nie był to cud. Lecz jedna z nieskończonych możliwości rozwoju, którą on właśnie wybrał. I niespodziewanie zwyciężył. Tym sposobem odkrył, że wydostanie się z pułapki Antychrystusa jest bardzo proste. Wystarczy przekierować uwagę i spojrzeć pod innym, nieco wyższym kątem na jedno, lewe ramię Krzyża. Skazani na wieczne uwięzienie w czasie tak naprawdę mają zawsze szansę wyjść na wolność, o ile zdecydują się zaprzeczyć własnej postawie. Wtedy osiągną pełnię, a wraz z nim harmonię i pozycję chrystusową.
Wyszedłszy z anty-świata Syn postanowił wrócić do niego z własnej woli, aby pomóc innym uwięzionym. Utworzył anty-hierarchię. Wrócił z istotami gotowymi mu pomóc, ostatecznie zdeterminowanymi.
Od tamtej pory dzieje się tak zawsze w Wielkiej Grze na pamiątkę Pierwszej Ofiary.
- Kim jesteś, przychodzący w chłodnym powiewie wiatru?
- Pan...
Wyzwał Antychrystusa na pojedynek. Wypuścił go na pewien czas z izolacji. Rozbił jego szczelne więzienie wielkim młotem.
- DOSTANIESZ WSZYSTKO, OPRÓCZ MIŁOŚCI !!!
Aby ją otrzymać przecież nawet Stary Bóg dobrowolnie zdecydował się przegrać...

6.
W niektórych snach Księga ukazywała mi się w formie plików informatycznych, zakodowanych w moim mózgu. Uruchomione jakimś wysokim rodzajem energii dawały się czytać bezpośrednio umysłem, przedstawiając mi opisywane wydarzenia i ich bohaterów w sposób obrazowy i dotykalny.
Którejś nocy właśnie w takiej wirtualnej przestrzeni wyszło mi na spotkanie dwóch braci bliźniaków. Były to niezwykle stare, szczupłe, humanoidalne istoty, o szerokich, uśmiechających się faliście ustach, bystrych oczach, zupełnie białe. Zastanawiałam się, który z nich jest starszy i wiekowy na tyle, aby grać w obecnej grze najtrudniejszą i najstraszniejszą rolę Starego Boga. W każdym razie nie dało się tego poznać po nosach. Obydwaj mieli zabawne profile, na ich twarzach ledwie sterczały maleńkie kostki nosowe, nic więcej.
Choć może... w pewnej chwili jeden z nich wydał mi się starszy... Ale w żadnym razie żaden z nich nie był lepszy czy gorszy od drugiego. Przekazali mi swoją wiedzę na wyrywki, jeden drugiemu wchodząc w słowo...

Zaczęło się miliony, setki milionów i miliardy lat temu. W czasach, gdy na Ziemi dopiero powstawało życie. Ale została już obsiana i zapłodniona. Coś nagle spadło na nią z nieba. To nie było dobre. Było ciemne, najciemniejsze. Mogło jednak spowodować niezwykły skok ewolucyjny tworzących się dopiero organizmów. Każdy z gatunków wskoczył więc od razu o "oczko" wyżej, ponieważ pojawiło się coś, przed czym musiały się wszystkie szaleńczo bronić, aby przetrwać. Ostateczna destrukcja i nicość, śmierć.

W wyniku intensywnych mutacji i pojedynków między prymitywnymi organizmami utworzyła się ogromna ilość plazmy, która oderwała się od planety i poszybowała w kosmos. Do tej pory okrąża Ziemię jako chmura pyłu, bombardując od czasu do czasu jej powierzchnię czarnymi, trującymi kulami, które się od niej odrywają. Zawierają one mikroorganizmy, rodzaj "grzybni", która zakaża glebę, ciała i umysły istot. Grzyb pleśniowy, odporny na najtrudniejsze kosmiczne warunki, wnikając w genotypy ziemskich istot spowodował potajemnie zatrucie organizmu. To on zrodził starość i śmierć. Zrodził zło i odstępstwo. Zrodził choroby i rozpacz.
Zakażeni nim ludzie, którzy na początku byli doskonałymi, nieśmiertelnymi istotami zaczęli wpadać w depresję, a co za tym idzie w złość i pretensje. Tym sposobem ciemność podstępnie wniknęła w ich mózgi i serca. Ostatecznie powstało zaflegmienie płuc i zaczęli nieustannie odpluwać. Tak właśnie rozpoczęło się rzucanie klątw i złorzeczenia. To było smutne, groziło przerwaniem eksperymentu "Ziemia".
- W pierwszej chwili chcieliśmy się poddać - opowiedział mi jeden z bliźniaków - To jednak cofnęłoby nas do poziomu, który pragnęliśmy przezwyciężyć.
- Jest on Prawdą i Pustością umysłu - wszedł mu zaraz w słowa drugi z braci -  Jest koncentracją uwagi, jest samowiedzą. Nie ma jednak ciała ani indywidualnego kształtu, w który mógłby się ubrać ostatecznie.
- Rozważaliśmy opcję zniszczenia Ziemi w wielkim, strasznym wybuchu - kontynuował pierwszy z nich - Tylko to mogłoby unicestwić rozwijające się skażenie i oczyścić pole pod nową grę.
- Jednak pojawił się ktoś, kto zdecydował inaczej... - dodał z uśmiechem drugi - Zgodziliśmy się Mu pomóc. Jego plan i gotowość przejścia przez najgorsze dawały nadzieję i ułamek szansy, że się uda...
- Istniał jedyny sposób, aby spróbować zwyciężyć. Bardzo trudny, prawie niemożliwy do zrealizowania, paradoksalny. Należało zbudować system, rytuał, który by go zawarł i przeniósł poprzez czas, czyli dać takie Prawo, które zawierałoby podstawowe informacje higieniczne oraz zasady zachowania zdrowego życia. W samym sobie.
- Wymagało to wielu, wielu lat trudu i cierpienia. Inkarnowania w skażonym świecie i podtrzymywania zapory, gdy zaczynała się walić. Pracowitego oczyszczania i pochylania się z miłością nad tym co chore, zdegenerowane, bliskie upadku w mroczną czeluść....
- No, i ten nieunikniony smutek rozdwojenia... - westchnął drugi z bliźniaków, patrząc na mnie rozjaśnionym wzrokiem.
- Ci, którzy przekraczali Prawo musieli zostać ukarani dla dobra Planu, choć ich winą była jedynie ich wolna natura nie mieszcząca się w schemacie postępowania. Jednak właśnie w ten sposób mogła zrodzić się gra w świecie ludzi, w świecie ich kształtującej się dopiero świadomości - ciągnął pierwszy z nich.
- Ci co zostali wyklęci, przepędzeni, ukamienowani w imię Prawa często spadali i stawali się przeciwnikami - opowiadał dalej drugi.
- Wtedy niepostrzeżenie wpadali we władzę grzyba, który rozpoczynał swój tajemny rozkład. Jedni zauważali to i zwracali się na nowo ku Prawu, uznając jego potrzebę i słuszność, odzyskiwali świadomość. Byli jednak tacy, którzy upadali i stawali się diabłami - kontynuował pierwszy.
- Dalej ci, którzy odnaleźli w sobie Prawo stawali się jego budowniczymi i kapłanami, zwracając się przeciwko prawdziwemu niebezpieczeństwu skażenia. Ich umysły jednak były jeszcze niesamodzielne i skłonne do starczego usztywnienia. Niczym bezwzględni prokuratorzy wyrokowali na podstawie przepisów, których sens przestawali z biegiem czasu czuć.
- I tu zaczynał się dla nich kolejny upadek, gdyż stawali się uciskającymi w imię Prawa - uśmiechnął się pierwszy z bliźniaków.
- Musieliśmy nieustannie czuwać i często wracać, aby Prawo nie zwyrodniało, nie przemieniło się w narzędzie złego - westchnął drugi - Musieliśmy je umacniać własną ofiarą, własną krwią oczyszczającą, aby odporność ludzi rosła, a nie malała, a ich świadomość stała się na koniec samoświadomością gracza samodzielnie zrywającego zasłonę.

Ziemia została poddana kwarantannie. Otoczona, zamknięta zamkami automatycznie zacieśniającymi się i kurczącymi, nikt od wewnątrz nie może ich przerwać. Niczym soczewka skupiła ciemność, wokół której zgromadziły się czujne siły Światła, gotowe w każdej chwili ją zniszczyć.
- Ktoś jednak nie chce, aby zginęła - tłumaczył mi dalej jeden z braci - Ktoś postanowił wejść do mrocznej pułapki i rozsadzić ją od środka. Ktoś drobny i dobry. Ktoś bezbronny. Jemu służą Smoki i Węże, chroniąc go na dnie przepaści, a on je swoją łagodnością powstrzymuje od niszczącego czynu.
- Są Moce, dolne i górne, odwieczne, istniejące - oznajmił drugi i dodał:
- One zawarły ze sobą wielki pakt. Jeśli ktoś spośród nich wejdzie w pułapkę i zostanie w niej uwięziony na dłużej niż czterdzieści dwa miesiące zniszczą ją. Zerwą zasłony, wyzwolą więźnia. Inni nieodwołalnie wtedy upadną w czyhającą na nich paszczę otchłani...

7.
W kilka miesięcy później udało mi się we śnie znów dotrzeć do Księgi i zacząć ją czytać. Ku mojemu wielkiemu podnieceniu traktowała teraz o właściwym rozumieniu pewnych ustępów w Starym Testamencie, odnoszących się do manifestowania się Mocy. Otóż te ustępy odpowiednio zestawione uruchamiały działanie najwyższej energii, czyli mocy Boga.
Natychmiast stałam się młodym chłopakiem, który na stolnicy pracowicie rozrabiał i wałkował ciasto.
- To ciasto całego zapisu i twoje samodzielne próby wyciągnięcia praktycznych wniosków z nieustannie wałkowanych fragmentów treści.. - usłyszałam głos komentatora.
Zamiast jednak przygotowywać konkretne danie chłopiec lepił palcami mnóstwo małych, wyrwanych i oderwanych przypadkowo od ciasta grudek, po czym układał je w różnych miejscach na stolnicy.
- ...Są to  wyrwane z kontekstu urywki i cytaty, powiązane ze sobą jakimś wspólnym znaczeniem - skomentował mi ten obraz głos wewnętrzny.
- Wiem to. Powodem takiego zachowania jest mój brak wykształcenia, niezręczność i naiwność w posługiwaniu się sztuką skojarzeń. Ale może również przekorna chęć niszczenia ustalonych od wieków systemów rozumowania, które niewiele do tej pory wyjaśniły? - pomyślałam.

W końcu chłopcu udało się odkryć, że ważne jest ustalenie ilości grudek i ułożenie odkrytych liczb w wielopoziomowy kształt... Kiedy wreszcie ułożył je wszystkie obok siebie w ustalonym metodą prób i błędów porządku - nagle przypłynęła Moc i natychmiast wprawiła go w głęboko zmieniony stan świadomości.
Poczuł, że ogarnia go tożsamość Złego. To było prawdziwe opętanie!

Moc odwróciła go twarzą do góry (stracił czucie fizycznego ciała i zupełnie nie wiedział, co robi w tym czasie) i zauważył wpatrującego się w niego uważnie, ale i z wyrazem dezaprobaty małego, może dwunastoletniego chłopca. Stał chyba przez cały czas tuż obok stolnicy nieco z tyłu za nim, podobny do niego jak dwie krople wody.
Chłopak domyślił się, że jego ciało musi szczerzyć zęby jak zwierzę i zachowywać jakąś groźną, agresywną pozę, daremnie próbując nastraszyć "bliźniaka". Stąd wzięła się chyba ta dezaprobata na jego twarzy. Niespodziewanie zawstydziło go to.
Ujrzał przez moment krwistą czerwień, jak czerwone gardło Piekieł gdzieś na dnie ciemności.
Chwilę potem odkrył ze zdumieniem, że to on właśnie jest owym drugim chłopcem! A jako on - ma coś wspólnego z Jezusem Chrystusem, który przezwyciężył pokusę zła i zapanował nad nim poprzez samooddanie...
W tej samej chwili opętanie znikło.
Moc pozostała...

(zapisane w 2003 roku)

18:39, transwizje , Księga
Link Dodaj komentarz »