Motto: “Wiecie, co go teraz
powstrzymuje, aby objawił się w swoim czasie. Albowiem już działa tajemnica
bezbożności. Niech tylko ten, co teraz powstrzymuje, ustąpi miejsca, wówczas
ukaże się Niegodziwiec, którego pan Jezus zgładzi tchnieniem swoich ust i
wniwecz obróci samym objawieniem swego przyjścia...”
(Św. Paweł, II List do Tesaloniczan)
Tego wieczoru nie
mogłam w ogóle ani zasnąć, ani nawet się uspokoić. Moje myśli krążyły
uporczywie wokół tajemnicy faraona Echnatona, o którym zaczęłam właśnie czytać
w pewnej książce... Było to o tyle dziwne, że temat niezbyt mnie przejął.
Autor starał się udowodnić, że to właśnie w czasach Echnatona doszło do wyjścia
Żydów z Egiptu pod wodzą Mojżesza. Natomiast plagi egipskie spowodował wybuch
wulkanu na Sanhendrynie i anomalie klimatyczne, które z jego powodu powstały.
Bezsenności
towarzyszył atak przeziębienia i zimne poty. Nie było to przyjemne. Nigdy nie
polubię stanu podwyższonej aktywności umysłu, nad którym trudno zapanować.
Znużona pozwoliłam dziać się wszystkiemu, co chciało się ukazać w mojej głowie
i spróbowałam przyjrzeć się rozgorączkowanym myślom z dystansem. Wkrótce
zauważyłam, że na szczęście nie tkwi w ich głębi strach i to nie on powoduje
gonitwę myśli.
Dłuższa chwila
spokoju sprawiła, że nagle z chaosu emocji i przypadkowych skojarzeń wyłoniła
się przede mną dziwna istota. Była ciemna, humanoidalna, drobna, z ogromnymi,
okrągłymi jak spodki oczami. Z jakichś nieodgadnionych powodów tkwiła w
głębiach ciemności Dolnych Światów. Otaczała ją aura zabronienia, zamknięcia i
rozpaczy.
- Kim jesteś? –
spytałam.
Jej obraz tkwił w
moim umyśle na tyle uparcie, że uznałam ją za gościa z innego czasu i wymiaru.
Z doświadczenia wiedziałam, że może być to próba nawiązania kontaktu, nie fantazja.
Potrafiłam to sprawdzić. Próba polegała na zadaniu jakiegokolwiek pytania.
Jeśli był to rzeczywisty kontakt zawsze przypływała odpowiedź, której mój umysł
w ogóle się nie spodziewał.
Tym razem
odpowiedź nie padła słowami, lecz nagle ogarnęły mnie różne zaskakujące stany
emocjonalne. Wyraźnie płynęły one od dziwnej istoty. Wczułam się w nie.
Był to ktoś
zupełnie inny od współczesnych ludzi.
Zanurzyłam się w
atmosferę zamierzchłej starożytności, rodem z prastarej Leśnej Puszczy
porastającej dawno temu naszą planetę. Istota miała zupełnie odmienną od mojej
moralność. Nie odniosłam jednak wrażenia, że jest zła.
Owszem, ów
tajemniczy ktoś został zamknięty, „zapieczętowany" i przez to skrzywdzony
bez swojej winy i głęboko tym zraniony. Miałby usprawiedliwiony powód do
wyrażenia furii zniszczenia świata, który go zamknął.
- Czy mówi ci coś
imię Jezus Chrystus? – zaczęłam badać sprawę.
Nie, nie wiedział
nic o Jezusie. Tak jakby przemiany świata nie otarły się o krainę, w której
tkwił. W której został szczelnie zamknięty.
Stało się to na
długo przed narodzinami Nauczyciela.
Nie biła z niego
agresja, ani tym bardziej złośliwość czy pragnienie zemsty, choć rozważał już
taką możliwość pod wpływem rozpaczy i opuszczenia.
Nagle ukazała mi się olbrzymia, zwieńczona łukiem brama. Podwójne wrota
prowadziły w kompletny mrok. Na ich progu wił się brudnozielony kształt,
potężny, ale jakby bez głowy, dlatego tylko w przenośni dałoby się go nazwać
„wężem". Była to jakaś ciemna struktura zwinięta w spiralny, wężowy splot.
Tuż obok niego bawiło się niewinne maleńkie dziecko.
Mimo potwornej
straszliwości miejsca odniosłam wrażenie, że nic temu dziecku nie grozi, gdyż
postanowiło ono nie wchodzić do jaskini najciemniejszej z ciemnych.
- To genotyp
częściowo gadzi, który uwięził gatunek ludzki w czasie i przestrzeni –
podpowiedziała mi nagle intuicja – Celem jednak są narodziny boskiego dziecka.
- Czy jesteś… Ablem?
– spytałam nagle. – A Kain założył się z diabłem, że Cię uwolni, gdy wygra
zakład?
Natychmiast
zobaczyłam kamienne schody, ciągnące się w dół wzdłuż ściany jakiegoś
starożytnego budynku. Dokładnie w połowie przedzielało je półpiętro, stanowiąc
platformę pomiędzy częścią schodów biegnących w górę, a częścią biegnącą w dół.
Było wszystkich stopni czternaście.
Na ścianie
płaskiego półpiętra, a więc dokładnie po środku między nimi widniał relief.
Nieskomplikowany rysunek uczyniony z kilku kresek przedstawiał wpisane w
prostokąt oko. Pomyślałam, że to piktogram „oka Horusa". Gdy jednak
przyjrzałam mu się lepiej, musiałam stwierdzić, że podobieństwo jest jedynie
pozorne. Otwarte szeroko oko zostało otoczone wielkimi i licznymi rzęsami,
które symbolizowały promienie słońca.
- To symbol
Atona, którego wcieleniem ogłosił się Echnaton! – przypomniałam sobie.
W tym samym
momencie przebiegł po mnie od stóp w górę gwałtowny dreszcz lodowato zimnej
energii, niczym dziwny wiatr z przepastnej głębi.
*
- Spójrz na samą siebie! To ty!
Niemożliwe.
Czegoś strasznie się boję.
W tym momencie
obudziła mnie fala emocji. Zbiegło się z nią silne uderzenie wiatru w okno
sypialni. Uspokoiłam się siłą woli uznając, że nagły lęk musiał zostać wywołany
przez porywisty wiatr, który właśnie zerwał się na dworze.
Wkrótce znów
zasnęłam. Aby obudzić się w zmienionym świecie.
Zobaczyłam wysokiego mężczyznę w lecącym po niebie małym, dwupłatowym
samolocie. Wszystko wokół niego jasno świeciło, on sam także świecił.
Niespodziewanie pojawił się drugi, taki sam. W podobnym samolocie leciał równie
wysoki, szczupły mężczyzna o bliźniaczych rysach twarzy. Mimo, że cały obraz
świecił jak poprzedni, to jednak z jego twarzy biła czarna, otaczająca całą
głowę aura.
Nagłość i siła
tych dwóch obrazów sprawiły, że znów obudziłam się na jawie w ciele fizycznym.
Podobny do poprzedniego ostry podmuch wiatru uderzył prosto w okno. Okno
rozchyliło się z trzaskiem, a ja krzyknęłam i otworzyłam oczy.
- Czyżby
rzeczywiście zjawił się ktoś tworzący autentyczne sytuacje?
Wstałam z łóżka i
zamknęłam okno. Wiatr sprawiał nieodparte wrażenie, że pochodził z mojego snu.
Lub na odwrót, to on wprawiał mnie w hipnotyczny trans i budził w głębi mózgu
jasnowidzenie.
- Może to demon?
– to pomyślawszy po powrocie do pościeli nagle mocno zasnęłam.
Lecz w stanie tego snu mój umysł działał nadal jak na jawie.
Wywnioskowałam,
że mam do czynienia z jakimś rodzajem diabolicznej energii. Dominował w niej
szczególny rodzaj pychy, podobnej do dumy i bezpardonowości potężnego ducha,
pochodzącego z ciemnej strony.
Starałam się
zachować czujność i ostrożność w ocenie. Pamiętając, że ciemność potrafi
łudząco podszywać się pod światło. Wiedziałam już jednak, że tak samo bywa i na
odwrót.
Wtem rozpoczął
się przekaz wprost do mojego umysłu.
- Jestem jednym z
DZIEWIĘCIU POTĘŻNYCH I NIEŚMIERTELNYCH OPIEKUNÓW ŚWIATA. Jedno z moich imion
brzmi Amfier - przedstawiła mi się nieznana istota.
- Brzmi to dla
mnie jakby po francusku. „Twardy i dumny” – stwierdziłam błyskawicznie.
- Lepiej
brzmiałoby „Kochający i dumny”, ale w twojej interpretacji jest racja – odparł
- „Twarda amfora napełniona delikatną miłością i dumą”, o! Może być?
W tej samej
chwili imię Amfier zmieniło się w moim umyśle na inne, Enfonier.
- Zmieniłeś tożsamość? – domyśliłam się.
- Odrodziłem się
w nowej roli, jest nas teraz dwóch. Pierwszy i ostatni – odpowiedział. Ale
zachowałam nieufność.
- Czy to słowo ma
coś wspólnego z francuskim powiedzeniem en
foni ? – spytałam z głupia frant.
- Myśl jak chcesz
– usłyszałam zaraz odpowiedź - Ale Francja rzeczywiście gra w tym pewną rolę.
- Można by je
przetłumaczyć na słowa: “Ten, który Musi”, albo “Muszący”. Nie wiem czemu,
wyraz foni kojarzy mi się mocno, choć
bez żadnej realnej przyczyny z czasownikiem faire,
czyli właśnie „robić, czynić” – dyskutowałam dalej.
Przed laty
uczyłam się języka francuskiego i rozumiałam odległość, a nawet bzdurność tego
skojarzenia. Lecz pojawiły się dalsze podobieństwa znaczeń, które wolałam wziąć
pod uwagę, nie trzymając się sztywno gramatyki.
Podobnie brzmiące
francuskie słowo „fond” znaczy – dno,
głębia, spód oraz grunt i fundament. Słowo „se
fonder” znaczy: opierać się o coś, lub: stanowić podwalinę. Wyraz „fonde” to – być upoważnionym, mieć
uzasadnienie. Istnieje także słowo „fondre”
oznaczające zmieszanie, owładnięcie, rozpuszczanie, rozpływanie się, topnienie,
rzednięcie, mizernienie i znikanie. Ma też związek z wlewaniem roztopionej
surówki do odlewniczej formy. Wszystko to w jednej chwili wydało mi się ważne
dla zrozumienia imienia i tożsamości mojego nocnego gościa.
- Dysponuję ponurymi energiami, ale uwierz mi, nie jest to zło, lecz moc
budzenia strachu. Pojawiam się niekiedy na ziemi w rolach wybranych ludzi u
władzy, o których potem mówi się, że byli źli. Choć nigdy nie jest to
jednoznaczne. Toczę swoje pojedynki, zawiązuję akcje, po czym znikam.
- W jaki sposób?
- Cieleśnie umieram, przeistaczam się albo dematerializuję. To pojawienie się
jest czasem inkarnacją, a czasem rodzajem przejęcia władzy nad jakimś wybranym
człowiekiem i zupełnym opętaniem go przez świadomość i wolę Enfoniera.
Jego imię nagle
przestawiło w moim umyśle swoje sylaby i w jednej chwili pojęłam, że to on
wystąpił w starożytnym Egipcie jako Echnaton, wraz ze swą wieczną partnerką
Nefertiti. Ją także ujrzałam przez moment i ona również miała pierwotnie inne
imię, które brzmiało jak Foniret i miało związek ze słowem „retour”, czyli pojawianiem się ponownie, z powrotem.
Motyw
Tutenchamona w tamtej historii, który wystąpił jako tarcza maskująca prawdziwy
bieg wydarzeń... dziwnie zamazał się w mojej głowie.
- Pojawiłem się
również blisko XVIII wieku – pochwalił się Enfonier.
W tej samej
chwili ujrzałam jego męską, zdecydowaną, wąską twarz o wystającym podbródku i
błyszczących bezczelnie zarozumiałą inteligencją oczach. Stanął przede mną
właśnie w takiej postaci.
W owej
przestrzeni, biorącej się jakby z mojego przypomnienia tamtych czasów,
rozmawiałam z nim sympatycznie jak z wielkim wtajemniczonym nauczycielem.
Zaakceptowałam jego dziwność i dwuznaczność, jako cechy konieczne dla dobra
rozgrywanego pojedynku. On natomiast wszystko z ogromną chęcią mi objaśniał.
- Miałam w tamtych czasach inkarnację Aleksandra. Powiedz mi teraz czy
rzeczywiście byłam to ja?
- Ależ NIE!
Odpowiedź wprawiła mnie w zaskoczone zdumienie i przejął mnie lęk. Do diabła, co
jest grane?
- Aleksander do
pewnego wieku był zupełnie zwykłym człowiekiem.
- Czyli nie mną teraźniejszą, tą
którą się czuję? – zdumiewałam się dalej i próbowałam jakoś ogarnąć chaos w
głowie.
- Są sprawy, o
których nie mogę ci powiedzieć wprost. Odpowiedź jednak tkwi w zagadce
tożsamości. Kim jestem naprawdę? Kim jesteś dla mnie teraz? I o kim tak
naprawdę mówimy? – przesłał mi jedną myśl i kontynuował swój dziwny wywód:
- Ale w czasie około dwóch lat przed swoją ciężką chorobą został opanowany
przez świadomość Enfoniera.
- Czy to było w
okresie dwóch lat przed nagłą śmiercią Aleksandra? – dopytywałam się.
Ale mój rozmówca
najwyraźniej nie chciał mi wszystkiego jednoznacznie wyjaśnić i dalej mówił
zagadkami. Straciłam nagle pewność, że rozmawiamy o tym samym.
- Enfonier przejął nad nim dominację i praktycznie zamienił się w niego.
- Na tej zasadzie można powiedzieć, że Aleksander stał się tobą? – spytałam -
Jak to możliwe? To, o czym mówisz przypisałabym raczej cesarzowi Napoleonowi.
- Zgaduj dalej – uśmiechnął się zarozumiale Enfonier - Musisz wiedzieć, że to
jeden z moich sposobów na pojawianie się w ziemskim świecie.
Wiatr gwałtownie otworzył zamknięte wcześniej okno. Brutalnie wyrywając mnie z
sennego transu.
W drodze zatrzymałam się przy niedużym drewnianym motelu, jakich wiele czeka na
zmęczonych podróżnych przy autostradzie przecinającej pewien rozległy pustynny
stan Ameryki Północnej. Na parterze hoteliku znajdował się otwarty całą dobę
maleńki cafe-bar, w którym mieściło się kilka stoliczków dla
rzadkich i nielicznych gości.
Na schodkach wiodących na werandę stał nieruchomo, niczym kontrolujący strażnik
- wysoki, ubrany na czarno, emanujący siłą i zdecydowaniem mężczyzna. Musiałam
przecisnąć się obok niego, chcąc dojść tamtędy do kafejki. Byłam od niego o
wiele niższa i drobniejsza, toteż poczułam się przy nim jak dziecko. Nie
poruszył się, żeby mi ustąpić miejsca, ale też nie zabronił wejść dalej.
Wewnątrz szybko zajęłam miejsce przy pierwszym z brzegu wolnym stoliku.
Zdawałam sobie sprawę, że doświadczam niebywałej okazji już choćby z tego
powodu, że w ogóle pozwolono mi tu wejść. Miałam w planie wszystko dokładnie
zapamiętać z tego, co się tu będzie działo, aby to potem zapisać, przemyśleć i
podzielić się z innymi... Rozejrzałam się uważnie wokół siebie i przyjrzałam
się współobecnym. Nastawiłam uszu, aby nie uronić żadnego słówka z tego o czym
wiedziałam, że się w tym miejscu rozmawia.
Po
mojej lewej stronie pod ścianą siedział milczący krępej budowy
mężczyzna około pięćdziesiątki. Zajmował samotnie stolik w kącie, popijając
jakiś napój i nie interesując się poza tym niczym więcej. Ledwie jednak weszłam
do baru powstał ruch i ktoś z głębi sali podszedł do niego.
Był
to bardzo wysoki, mniej więcej czterdziestoletni dryblas, mocno szczupły,
wręcz chudy. Stwierdziłam, że obaj musieli się już wcześniej znać, gdyż chudemu
udało się od razu zagaić rozmowę. Rzucił mianowicie temat wspólnej służby w
armii gdzieś na terenie pobliskiej bazy wojskowej.
Starszy od niego mężczyzna chętnie dał się wciągnąć w rozmowę i nie przeszkadzało mu, że
ją słyszę.
- Owszem, służyłem tu w okolicach przed laty, nieco wcześniej od pana - odparł
z przyjemnym uśmiechem - Mogę także powiedzieć cokolwiek na temat pewnych
ukrytych oficjalnie szczegółów, które poznałem osobiście. Potwierdzić niektóre
plotki, a niektórym stanowczo zaprzeczyć... Czemu nie?
Dało to od razu jakieś istotne potwierdzenie człowiekowi, który zagaił tę
rozmowę i było to równoznaczne z pozwoleniem udzielenia mi wyjaśnień. Już po
chwili stał wprost przede mną, gotów przekazać mi to, co wiedział.
Krępy mężczyzna spokojnie przyglądał się całej scenie z boku, nie wtrącając się
w jej przebieg. Chudzielec z płonącymi oczami rozpoczął swoją zdumiewającą
opowieść.
Próbowałam ją z początku notować, aby z tych zapisków zrobić następnie dłuższy
i szczegółowy tekst, dlatego, gdy już rozpoczął opowiadanie kilkakrotnie
poprosiłam o powtórzenie niektórych informacji. Ale on jakby mnie w ogóle nie
słyszał!
Mówił szybko, cały czas wyprostowany jak struna, z oczami jak dwie
zapalone latarki. Słowa biegły za sobą ciurkiem, bez żadnej przerwy między
wyrazami i zdaniami, i ledwie nadążałam ze zrozumieniem tego, co mi
przekazywał.
Zorientowawszy się, że nie dam rady uprosić go o wolniejsze tempo porzuciłam
notowanie i spróbowałam jak najlepiej wsłuchać się w padające słowa, aby choć
cokolwiek zapamiętać z jego wywodów. Miałam nadzieję, że reszta przypomni mi
się może intuicyjnie podczas pisania.
Umysł mojego rozmówcy z nieznanych przyczyn funkcjonował według parametrów,
których na Ziemi nikt zwykły nie zna i nie doświadcza.
- Może został specjalnie przystosowany przez jakąś kosmiczną technologię? –
pomyślałam. – Jego pamięć magazynuje ogromną ilość informacji, z których
swobodnie i na każde zawołanie potrafi korzystać.
Z powodu niesamowitego tempa padających zdań dotarły do mnie jedynie strzępy
kilku powiązanych ze sobą opowieści. Powtórzyłam je sobie kilka razy w pamięci,
gdy już ten szalony przekaz ustał. Wszystko po to, aby napisać niniejsze
opowiadanie.
Zaczął od historii odnalezienia ciał kilku martwych istot kosmicznych, które
zawinięte były w coś podobnego do cieniutkiej, półprzeźroczystej, białej muślinowej
bielizny. Otóż jedna z nich miała drewnianą nogę... Czemu potem, w czasie
przeglądania własnej pamięci z tego przekazu pojawiło się we mnie skojarzenie z
odkryciem grobowca Tutenchamona i odnalezieniem w nim ciała nie pasującego do
historycznych założeń archeologów, tego nie potrafiłam już dokładnie ustalić.
Nadzwyczajna
prędkość przekazu zmusiła mnie do nadzwyczajnej koncentracji umysłu i uwagi, a
to sprawiło, że pojawił się stan widzenia. Ukazał mi się mężczyzna w średnim
wieku, ubrany na sposób ortodoksyjnego żyda z czasów starożytnych. Nie miałam
do tej pory pojęcia, jak nosili się Żydzi przed tysiącami lat, ale ogarnęła
mnie właśnie taka pewność. Mężczyzna nosił przepasaną plecionym sznurem szarą
tunikę. Na jego twarzy o wybitnie hebrajskich rysach i profilu sterczała
egipska, czarna, zwężająca się bródka, taka sama jak te, które nosili egipscy
faraonowie.
Czy zobaczyłam Mojżesza? Nie potrafię tego stwierdzić na pewno, ale zauważyłam,
że krępy pan lekko uśmiechnął się w tym momencie pod nosem...
Dowiedziałam się, że to właśnie on uczestniczył w nadzwyczaj ważnym, tajnym
spotkaniu, zwołanym na szczycie rządu dominującego w ówczesnym świecie
imperium. Spotkanie odbyło się w górskiej jaskini, wokół której rozciągała się
pustynia. I tam ZASTRZELIŁ sześć osób spośród przybyłych, kiedy rozpoznał, że
NIE MA W NICH NIC LUDZKIEGO.
Chudzielec z pałającymi oczami dodał następnie, że Wspólny Rząd wysoko
technologicznie i cywilizacyjnie zaawansowanych krajów na Ziemi nawiązał już
kontakty i układ z owymi istotami kosmicznymi.
- One jednak z jakichś powodów nie są dobre – wysoki mężczyzna zwolnił i w tym
momencie spojrzał mi głęboko w oczy.
- Czemu?
I znów się rozpędził z wyjaśnieniami.
- Chodzi o ważną, potężną, ciemną i straszną istotę mającą kontrolę nad
nieświadomym jej istnienia światem. Jest to pojedyncza istota, stara, ponura,
zawzięta, kompletnie nieprzewidywalna...
- Jak wygląda?
- Chudy, nieprzyjemny szary humanoid drobnej postury z krogulczym nosem - tu ukazał
się cień obrazu w moim umyśle. Po czym słuchałam dalej:
- Kontakty przedstawicieli Rządu z tym starym władcą zachodzą w ścisłej
tajemnicy, towarzyszą im elitarne oddziały wojskowych.
Nagle pomyślałam przez ułamek ułamka sekundy (bo na tyle pozwalał mi mój
informator) o tych młodych, inteligentnych, wykształconych i specjalnie
dobranych ludziach, którzy widzieli na własne oczy przerażającą Obcość i nie
zwariowali. Doprawdy trzeba głęboko podziwiać ich odwagę, wierność Ziemi i
determinację!
Bieg słów i wzmożona koncentracja umysłu sprawiły, że nagle moja świadomość
wzniosła się i ukazała się przede mną barwna, graficzna scena. Ujrzałam nagle
jakby skądś z góry bardzo wysokie wnętrze w pałacowym stylu wyłożone marmurową
posadzką ułożoną w skomplikowany mozaikowy wzór. Stało na niej kilka różnej
wielkości kopulastych urządzeń. Przyszło mi do głowy, że są to modele wielkich
nowoczesnych budynków, w których mieszczą się ośrodki władzy na Ziemi.
W
pewnej chwili, na jakiś pojedynczy zdalny sygnał, którego jednak ani nie
zauważyłam, ani nie usłyszałam, modele zaczęły wszystkie razem sunąć po
posadzce do przodu, ku Wyjściu. Ów sygnał mógł po prostu pochodzić od istoty,
której oczami teraz patrzyłam i wydano go zwyczajnie jedną myślą.
Pozostałam na swoim wysokim miejscu obserwacji. Zauważyłam po ich ruchach, że
posadzka nie była już idealnie równa, tak jak musiała wyglądać na początku. W
jednym miejscu zapadła się, a w innym wybrzuszyła, jak gdyby pod naporem
podziemnych procesów.
- Ludzie z Rządu najchętniej zerwaliby męczący ich i dręczący układ z ciemną,
groźną istotą, ale boją się straszliwych konsekwencji tego zerwania dla
niewinnych obywateli. Niektórzy jednak podjęli z nią bardzo trudny pojedynek -
zakończył swoją przyspieszoną perorę mój informator.
Zaczęła wracać mi świadomość jawy. Okazało się, że siedziałam przy stoliku obok
uśmiechającego się sympatycznie krępego mężczyzny kiwającego głową ze
zrozumieniem. Chudzielec o pałającym spojrzeniu skończył właśnie swój
kosmicznie przyspieszony przekaz.
- Przeciwnik – powiedział krępy pan – okazuje się na razie niezbędny, aby
utrzymać pewien poziom dyscypliny i mobilizacji sił na Ziemi. Gdy jednak Pakt
zostanie zerwany ujawni się to, co skryte w głębi, w Otchłani i ono zaatakuje
obie strony. Wtedy tylko cud boski może nas uratować. Wierzmy, że on się
zdarzy. Że Bóg interweniuje, aby wspomóc tych, którzy mu zawierzyli wbrew
logice i swojej wiedzy.
Kiedy ryba lądowa & wodnaPrzez silny bałwan na żwir będzie wyrzuconą,Jej forma obca miłą & budzącą grozę,Morzem na murach błyskawicznie wrogowie.
(Nostradamus, Centuria 1.29)
Bogowie stworzą ludziom śmiertelnym pozórTego, że oni będą autorami wielkiego
konfliktu:Przed niebem widocznym jasnym miecz &
włócznia, Aż wedle ręki lewej bardziej wielki się
trapi.
(1.91)
)
Oto
my, starzy bogowie, arystokraci Ziemi, członkowie pradawnych rodów dzierżących
od początku ery władzę i prestiż. Od jakiegoś czasu wreszcie żyliśmy w
spokojnym luksusie po obu stronach odwiecznie rządzonego przez nas świata.
Podczas Potopu rozdzieliła go na dwoje morska zatoka, która wdarła się daleko w
głąb lądu srebrzystym ramieniem Oceanu. Przez tysiąclecia stanowiła naturalną
granicę, izolując stare i nowsze kultury, zawsze nieufne i często wojennie do
siebie nastawione. Z tego powodu zazwyczaj rzadko kontaktowaliśmy się w obrębie
naszego ekskluzywnego klanu. Wielokrotnie w historii musieliśmy przemieszczać
się z brzegu na brzeg, aby ratować swoją skórę, pozycję i majątki. Od niedawna
jednak błyskawiczne procesy demokratyzacyjne na całym świecie sprawiły, że
mogliśmy swobodnie funkcjonować gdziekolwiek bądź.
Na
górnym brzegu Zatoki, w jednym ze stołecznych miast Europy, wznosi się nasz
Pałac Słońca. Został wybudowany z nadzwyczajnym rozmachem stosunkowo niedługo
przed Rewolucją. Cechował go bajeczny przepych i od początku uważano go za ósmy
cud świata. Pałac Słońca przylegał bezpośrednio do o wiele starszego i
skromniej wyglądającego Zamku Królewskiego. Wzniesiono go tysiąc lat wcześniej
na wysokim podmurowaniu z kamienia, częściowo z bloków wapiennych, a częściowo
z czerwonej cegły. Niegdyś zamieszkiwali go przedstawiciele najstarszej
Dynastii Królów Wyszłych z Morza, pochodzących kolejno z trzech różnych
odgałęzień tego Rodu.
Pałac
Słońca otaczał rozległy park ogrodzony wysokim parkanem z ozdobnie kutego
żelaza. Dawniej prawo przebywania w nim miał jedynie władca i jego dwór. W tej
chwili porasta go imponujący starodrzew, codziennie ściągający pod swoje
cieniste gałęzie w gustowne parkowe aleje tysiące spacerowiczów. Teren
prowadzący do Pałacu wyłożono w czasach jego budowy kamiennymi szlifowanymi
płytami, tworząc wyjątkowo rozległy plac. Zajeżdżało nań wielu wybitnych gości
podczas częstych państwowych ceremonii i świąt oraz jeszcze częstszych balów i
uczt. Wysiadali tam ze swych kapiących od złota i srebra powozów, aby wejść
dostojnym krokiem pomiędzy szpalerami ubranych bogato służących do wnętrza
gmachu.
Rewolucja
wybuchła w tym miejscu ponad 200 lat temu. Poleciały głowy królów, znikły
wyszukane tytuły, malowane twarze i pudrowane peruki zmanierowanych dworzan.
Ogromy plac zapełniła krzykliwa miejska biedota, domagająca się krwi
rządzących. Runęły wszystkie świętości. Marmurowe płyty placu poczerwieniały.
Zmiana
porządku szybko rozprzestrzeniła się na Europę i zachodni świat. Najdłużej
opierała się zimna północ, lecz i ona po dziesiątkach lat zdecydowała się
usunąć swoich władców i szlachtę.
Podczas
Rewolucji członkowie królewskiego rodu, jeśli nie zginęli w krwawej czystce, to
ulegli rozproszeniu, a Stary Zamek zajął marionetkowy rząd sterowany z obcego
kraju. Z biegiem lat, gdy nastroje po Rewolucji uspokoiły się pozwolono wrócić
nielicznym reprezentantom królewskiej rodziny. Pełnili już tylko dekoracyjną
rolę, a oba ogromne gmachy stały się na poły muzealną częścią stołecznej
starówki.
Wrócę
jednak do właściwego wątku tego opowiadania. Ten przydługi wstęp ma w moim
zamyśle przybliżyć czytelnikowi moją skromną osobę, otoczenie i warunki, w
których żyję od urodzenia. Pochodzę z rodziny szlacheckiej, mającej rozległe
wiekowe koligacje w całej Europie, z zachodu na wschód i z północy na południe.
Moi dziadkowie i rodzice przeżyli okres okrutnych prześladowań ze strony północnych
Rewolucjonistów, a ja należę do pierwszego pokolenia urodzonego na wolności.
Powrót do klanu, który zamieszkiwał cały ten czas spokojnie zachodnie i
południowe tereny okazał się nadspodziewanie łatwy. Wyciągnął do mnie rękę
jeden z jego najstarszych żyjących przedstawicieli i dzięki niemu udało mi się
szybko zasymilować w nowym środowisku.
Zaprzyjaźniłem
się z nim, a on ze mną. Zejman był bogatym emerytem i dziedzicznym właścicielem
Pałacu Słońca. Pochodził z tej gałęzi Dawnej Dynastii, która uciekła tuż przed
Rewolucją w bezpieczniejsze rejony, ratując resztki majątku, pamiątki i geny
rodziny. Tam jego przodkowie szczęśliwie wtopili się w tło społeczne,
przenikając skutecznie w kręgi nowej władzy. Robili to już przezornie pod
zmienionymi nazwiskami, szlacheckie tytuły zmieniwszy na tytuły urzędowe, bądź
naukowe. Zejmanowa pochodziła z rodziny zubożałego węgierskiego barona, z
którym i moi przodkowie byli spokrewnieni. Była utalentowaną malarką i jej
nazwisko było znane w świecie artystycznym.
Jak
co roku o tej samej porze znalazłem się w ich towarzystwie po drugiej stronie
Zatoki, w Kurorcie liczącym sobie więcej, niż dwa tysiąclecia. Zejmanom
towarzyszyła młoda piękna dziewczyna o słomkowo jasnych włosach, z którą
żartobliwie mnie swatano. Była ich daleką kuzynką ze Szwecji. Zejmanowie byli
bezdzietni, a ja jako zaufany przyjaciel wiedziałem, że postanowili w
odpowiednim czasie przekazać jej schedę po sobie.
Rozkoszne
wakacje nad Zatoką nie trwały jednak długo.
Pewnego
spokojnego dnia wydarzyło się coś, co przerwało nasz radośnie bezpieczny i
wygodny żywot. Było to niezrozumiałe, lecz z biegiem czasu rosnące w grozę
wydarzenie. Chcąc nie chcąc zostałem jego mimowolnym świadkiem i uczestnikiem.
Na moich oczach zaczęło dziać się coś, czego nikt się nie tylko nie spodziewał,
lecz nikomu podobna historia nawet się nie śniła!
Stało się
to w jasny, upalny, bezchmurny dzień, nie różniący się niczym od innych,
podobnych dni w tym miejscu na świecie. Wylegiwałem się w towarzystwie grupki
błękitnokrwistych znajomych na rozpalonym piasku strzeżonej hotelowej plaży.
Siedząc na leżaku pod kolorowym parasolem popijałem sok cytrusowy. Mój wzrok
leniwie oparł się na równej tafli błękitnego morza, znaczonej jedynie równymi
białymi grzywami spokojnie chyboczących się fal. Umysł pracował leniwie.
Zajmowały go nieco prasowe wiadomości, przeczytane w porannej gazecie.
Właściwie nie różniły się skalą ważności od tych czytanych wczoraj,
przedwczoraj, czy rok temu.
Nagle,
na czyjś jeden zdumiony okrzyk poderwałem się na nogi. Ten głos musiał zawierać
w sobie coś szczególnego, inaczej nie zrobiłby tak piorunującego wrażenia.
Wszyscy na plaży uczynili jednocześnie to samo. Stojąc, zdumieni i zaskoczeni,
patrzyliśmy z zadartymi głowami na kołujący w górze olbrzymi pasażerski samolot.
-
Jego silniki dawno zgasły, a załoga wymarła – stwierdziłem nagle pod wpływem
kłującego w sercu przeczucia.
Połyskujący
w słońcu srebrzysty wrak krążył ponad morzem i niczym gigantyczny szybowiec
zataczał zwolna coraz niższe kręgi. A mnie ogarnął lęk o to, gdzie upadnie, po
której stronie Zatoki?
-
Nie, to niemożliwe – powiedział ktoś – Uszczypnijcie mnie. To tylko sen.
A
jednak nie był to sen, choć zdarzenie jak dotąd odbywało się bardzo wysoko w
całkowitej ciszy. Niespodziewanie pojazd przełamał się na trzy części. Z ust
wszystkich patrzących wybiegło głośne westchnienie. Dwie z nich, przednia i
środkowa, runęły do Zatoki naprzeciw Kurortu. Trzecia spadła gdzieś po jej
drugiej stronie, pewnie w okolicach Złotego Wybrzeża.
Cały
czas trwała głucha cisza, w którą wsłuchiwaliśmy się wszyscy jeszcze długo, ale
ze słabnącym napięciem. Morze zdawało się nieporuszone. Nic nie wskazywało na
to, co się miało później wydarzyć. Postanowiliśmy rozejść się znów po plaży,
spodziewając się znaleźć wytłumaczenie wypadku w popołudniowych wiadomościach.
Gazety
skwitowały go krótką wzmianką o kontrolowanym upadku do morza starej,
nieużywanej stacji orbitalnej.
Spokój
okazał się pozorem i nie trwał długo.
Wkrótce
w Zatoce pojawiły się... dziwne ryby. Największa z nich z ogromnym impetem
zaatakowała ludzi w kąpieli przy naszej strzeżonej plaży. Cudem w ostatniej
chwili udało mi się wybiec z wody! Wyskakujący z morza potwór wielkości orki
zaprezentował się oczom plażowiczów niby straszliwy lewiatan. Towarzyszyła mu
ławica małych rybek, z gatunku tych, co do tej pory były całkowicie niewinne i
łagodne. Teraz jednak agresywnie gryzły maleńkimi, cienkimi ząbkami, atakując
osoby taplające się na rozgrzanej przybrzeżnej płyciźnie.
W
ciągu zaledwie dwóch dni okazało się, że ich ugryzienie powoduje zarazę.
Dostarczono
kilka egzemplarzy tych rybek naukowcom. Ci starannie przebadali je w miejscowym
laboratorium. I stwierdzono rzecz absolutnie zdumiewającą. Rybki miały ciała
rzednące, szybko traciły dawne kształty, w okularze powiększającego mikroskopu
w pewnym momencie zarysy ich komórek znikały zupełnie, przechodząc w nicość,
niedostępną dla wzroku i wszelkich naukowych narzędzi.
Oficjalnie
nie wiązano ze sobą obu faktów, ale dla opinii powszechnej jasnym było, że to
spadły do wody fragment latającego pojazdu musiał stać się przyczyną owych
zjawisk.
Informacje
dość szybko utajniono, lecz i tak do wielu z nich miałem dostęp, z racji
znajomości, jakimi dysponował Zejman w kręgach naukowych i rządowych. Zacząłem
obserwować uważnie to, co dzieje się z pogryzionymi ludźmi, tymi, których
znałem przecież od zawsze.
Ogarnęła
mnie irracjonalna nieufność i podejrzliwie zerkałem na swych przyjaciół i
znajomych w sytuacjach, gdy zdawało im się, że są sami. Wiem, wiem, to
nieuprzejme podglądać kogoś w intymnych chwilach. Nigdy przedtem nie
ośmieliłbym się zrobić czegoś podobnego, a jednak wrażenie, które mnie ogarnęło
było przemożne. I co gorsze, pogłębiało się.
Patrzyłem
i w końcu zobaczyłem coś, co głęboko mną wstrząsnęło i na zawsze przeszyło
zimnym dreszczem zgrozy.
Luiza,
płowowłosa kuzynka Zejmanów nagle, prawie z godziny na godzinę śmiertelnie
pobladła. Wyglądała jak trup, a potem nagle… rozdwoiła się. Zobaczyłem to na
własne oczy, gdyż zajrzałem tam, gdzie wcale nie spodziewała się być
obserwowana. Działo się to w leniwej porze południowej sjesty.
Nikomu
nie powiedziałem słowa na ten temat. Nie dlatego, że ten widok przerastał
ludzkie wyobrażenia, ale dlatego, że z chwili na chwilę uświadomiłem sobie
skalę niebezpieczeństwa, które oto rosło tuż przy mnie.
Duplikat
Luizy włożył na siebie jasną perukę. Stojąc przed lustrem z fachowością
wizażysty zastosował wspaniały i szykowny makijaż. Jego śmiertelnie bladą twarz
rozjaśnił sztuczny rumieniec i uprzejmy, wyniosły uśmiech. Zdążyłem w porę
odpaść od uchylonych drzwi i niezauważalnie skryć się za załomem korytarza, gdy
zduplikowana Luiza wyszła z toalety dla pań. Jej prawdziwe ciało znikło
bezpowrotnie.
Większość
kuracjuszy powodowana paniką po ataku rybek-niewidek wróciła prędko do swych
siedzib po drugiej stronie Zatoki. Wróciłem i ja. Tam życie zdawało się jeszcze
przez kilka miesięcy biec zwykłym torem. Któregoś dnia zostałem zaproszony
przez Zejmanów do ich pałacu i chętnie przyjąłem tę propozycję. Luiza
pozostawała nadal w Kurorcie, dołączywszy do swych znajomych, przygotowujących
się do podróży po Afryce.
Zapadał
już wieczór. Zejmanowa wyszła ze swej sypialni, przyległej do sypialni męża.
Stanęła w progu salonu. Zastała mnie tuż przy drewnianych rzeźbionych schodach
wiodących na piętro. Wzdłuż nich na ścianie wisiał szereg fascynujących,
pełnych niepokojącego nastroju obrazów jej pędzla. Wszystkie przedstawiały
symboliczne, mało zrozumiałe sceny, owiane udzielającą się atmosferą grozy.
Przerażenie płynęło z zestawienia ze sobą przyciemnionych barw i delikatnej
deformacji kształtów. Obrazy cechowała głęboka dekadencja i jakaś grawitująca w
mrok tajemnica, odpychając i jednocześnie przyciągając uwagę widza. Jakiś czas
temu kazał je tutaj powiesić Zejman. A dziś właśnie stwierdził z wieloznacznym
uśmiechem na twarzy, że obrazy jego żony mają w sobie to, o co IM chodzi.
Nie
powiedziałem o tym jeszcze Zejmanowej, mojej starej dobrej przyjaciółce... Otóż
zajrzałem przed chwilą, ogarnięty podmuchem niepokoju i podejrzliwości, do
pokoju jej męża. Staruszek leżał na swoim łóżku. Podniósł głowę i omiótł mnie
przelotnie oczami z obojętną martwotą na twarzy. Obok niego leżał jego
sobowtór. Nie zauważył mnie, zajęty jeszcze swoją przemianą.
-
Mam ochotę napić się czegoś – stwierdziła Zejmanowa – Najlepszy trunek jest w
mojej piwniczce przy pałacyku nad Zatoką. Przejdźmy się tam. Potowarzysz chyba
starej kobiecie w potrzebie? – zażartowała.
-
To niebezpieczne – stwierdziłem, starając się nie okazać przerażenia, które
mnie ogarnęło. – Bardzo niebezpieczne. W Zatoce grasują gryzące ryby i nie
wiedzieć kogo można o tej porze spotkać blisko plaży.
Zejmanowa
machnęła na to ręką z rozbrajającym uśmiechem starego człowieka, który niejedno
przeżył. Dodałem więc, aby ją przekonać:
-
Słyszałem dziś coś jeszcze... Podobno w morzu wzdłuż całego Złotego Wybrzeża
przyrasta dziwny ciemny plankton, powodujący w ludziach ZMIANY.
-
Nieważne – odpowiedziała Zejmanowa – Chcę się napić i już... Może to ostatni
raz?
Była
to wspaniała kobieta o sile osobowości, którą zawsze podziwiałem. Miała w sobie
głęboki spokój, charakteryzujący większość członków jej rodu. Nagle
postanowiłem podzielić się z nią swoją wiedzą. Prawdopodobnie była jedyną
ludzką istotą, której mogłem całkowicie zaufać i która zdolna była potraktować
moje rewelacje ze zrozumieniem.
Ów
plankton zakwitał i pokrywał sobą wodną roślinność ciemnym pylistym nalotem.
Zaczęto go zbierać, z początku w celach zbadania w laboratoriach naukowych,
lecz potem w zgoła całkiem innych. Odkryte zostały jego szczególne właściwości,
które przedsiębiorczy naukowcy od razu zastosowali w praktyce. Potem sprzedali
wynalezioną recepturę pewnym ważnym ludziom u władzy. Odtąd zaczęto fabrycznie
wytwarzać z pyłku kwitnącego planktonu specjalne „cygara". Palenie ich
powodowało zmianę świadomości. Cygara oczywiście były kosmicznie drogie i
dostępne jedynie najbogatszym snobom. Raczyli się nimi skrycie, w zamkniętych
kręgach „wtajemniczonych”, na specjalnie organizowanych spotkaniach, podczas
których jeden diabeł wie, co naprawdę się działo.
Te
środowiska, wśród których znaleźli się potomkowie Dynastii Królów zamarzyły o
powrocie do władzy nad Ziemią i podporządkowaniu sobie nieświadomej ludzkości.
Tymczasem
ze swej sypialni wyszedł sobowtór Zejmana. Udałem, że właśnie podziwiam obrazy
jego żony. Zejman-Bis, z czegoś bardzo zadowolony wskazał na jeden z nich.
Przedstawiał wynurzający się z morskich, zielonkawych przepaści tajemniczy
upiorny krąg.
-
To mój ulubiony – orzekł z dumą. – Moi znajomi również uważają, że jest
wyjątkowy... Pospólstwo nie rozumie tych symboli, ale jest w nich pradawna
Wiedza, zaklęta w otchłaniach tej planety, całkowicie czytelna dla Nas i
ciesząca oko.
Przyglądałem
mu się ukradkiem. Zdałem sobie sprawę, że ci jego znajomi, podobnie jak i on
sam tak naprawdę już nie żyją, przestali istnieć, bezpowrotnie zniknęli. W
zamian pojawiły się ich duplikaty ożywione jakimiś obcymi osobowościami.
Od
urodzenia miałem bujną wyobraźnię, lecz w ostatnich miesiącach – pod wpływem
niesamowitych zdarzeń i napięć, które przechodziłem – nabrała ona trwałych cech
jasnowidzenia. Teraz w ułamku sekundy zdałem sobie sprawę z tego, co ukrywało
się pod zewnętrzną formą tych, którzy podobnie jak Zejman, zmienili się.
Zresztą Zejman, jakby także odczytując moje myśli natychmiast wdał się w opowiadanie
o nich.
-
Rasa Panów zjawiła się tu niegdyś z głębin kosmosu. Pozostawiła swoich potomków
na ziemi i niedługo wróci, gdy czas się zazębi. Rozliczy ludzi z tego, co im
przykazała. Posiądzie Ziemię i ciało, przebóstwi je. Oto odwieczna Wiedza budzi
się i duch Panów w służalczych ciałach rabów zwycięża.
Okiem
umysłu ujrzałem ich. Byli wysokimi, chudymi, bezpłciowymi, szarobiałymi
humanoidami o wielkich czarnych oczach.
Razem
z widzeniem ogarnęła mnie ich wiedza. Te istoty straciły ciała niewyobrażalnie
dawno temu, na innej planecie. W ostatniej chwili przed zagładą zdołały
wyemigrować z niej i przedostać się w lecącym siłą bezwładu przez całe eony
czasu pojeździe na Ziemię. Na widok istot ludzkich zamarzyła im się władza i
przyjemności niedostępne dotąd w bezpłciowych ciałach. Wybrały najpiękniejszych
przedstawicieli ludzkiej rasy, aby cieszyć fizycznymi doznaniami i używać ich
do woli. Dali ludziom prawo i naukową wiedzę, stworzyli podwaliny społeczne i
kulturę. Wszystko po to, aby ich wybrańcy zajęli najwyższe w nim pozycje i
utrwalili je aż do końca. W rzeczywistości jednak ludzka wrażliwość, czy
poczucie dobra i zła nie liczyło się dla nich. Czuli się bogami.
Stanowili
wyższą kastę, kontrolującą służących zaspokojeniu ich perwersyjnych potrzeb Ziemian.
Żyli niewyobrażalnie dla nas długo, setki i dziesiątki tysięcy ziemskich lat.
Od czasu do czasu, dla kaprysu wybierali sobie sługę najwierniejszego z
wiernych i przekazywali mu duże fragmenty swojej wiedzy. Ten wtajemniczał
własnych wybranych, chodząc odtąd w glorii mistrza i kapłana niewidzialnej
Mocy. Jej źródła pozostawały jednak zawsze pod wyłączną kontrolą Panów.
Przygotowywali sobie nowe ciała do eksploatacji. Okłamywany sługa i jego
zaślepieni uczniowie uważali akt inicjacji za błogosławieństwo.
Panowie
pochodzili ze świata wartości całkowicie innych, o niezrozumiałych dla ludzi
korzeniach i inklinacjach. Nie zechcieli wcielać się osobiście w ciała swych na
pół ludzkich potomków. Gdy ich naturalny czas istnienia się skończył zgrupowali
się w wyższym wymiarze, czekając na chwilę, gdy przemiana będzie znów możliwa.
Ta pora jest naukowo obliczalna. Klucze do jej obliczenia pozostawili w pismach
i przekazach ustnych swoim dzieciom.
Z
pomocą Zejmanowej udało mi się uśpić czujność jej męża. Ten na moje szczęście szykował
się na uroczyste party urządzane tego wieczoru w Królewskim Zamku i dłuższy
wykład o Panach odłożył na później.
Wyszedłem
z jego żoną z pałacu i idąc pieszo spokojnym krokiem dotarłem do brzegu Zatoki.
Wzięliśmy z piwniczki letniego pałacyku kilka omszałych butelek czerwonego wina
i ruszyliśmy z powrotem.
Po
drodze odbyłem z nią szczerą rozmowę. Dzięki temu, że zdecydowałem się
powiedzieć prawdę, uświadomiłem sobie w pełni rozmiar grożącego nam wszystkim niebezpieczeństwa.
W zamian moja stara przyjaciółka opowiedziała mi o tajnych nocnych spotkaniach,
w których uczestniczył ostatnio jej mąż. Odbywały się tak często, że trudno
było nie zwrócić na ten fakt uwagi. Ogarnął mnie porażający wolę strach.
Szczegóły uświadomiły mi, że nie ulegam żadnej halucynacji. Zmienieni
rzeczywiście przejmowali kontrolę i władzę w coraz szerszym zakresie. Działo się
to niepostrzeżenie i błyskawicznie.
Kiedy
posuwaliśmy się wolnym krokiem w stronę miasta zerwał się nagle ciepły
południowy wiatr znad morza. Niósł ze sobą kleistą, przeźroczystą substancję o
konsystencji lepkiej galarety, która od jakiegoś czasu rozpoczęła swoją
ekspansję w głąb przybrzeżnego lądu. Substancja opadała zwartymi płatami tu i
ówdzie na ziemię, po czym szybko wyparowywała w letnim upale. Przechodzący
tamtędy ludzie wdychali ją wraz z rozgrzanym przez słońce powietrzem. I to był
ich koniec. Zatrute planktonowym morem powietrze zmieniało trwale świadomość,
sprowadzało zbiorowe halucynacje i zamieniało ludzkie tłumy w stada posłusznych
cyborgów. W przerażającym tempie mieszkańcy Wybrzeża stawali się robotami,
bezwolnie sterowanymi przez swych panów.
Rzuciłem
się do ucieczki, Zejmanowa również. Gonieni przez coraz silniejsze podmuchy
wiatru wpadliśmy oboje do gmachu głównego Banku Państwowego z betonu i szkła. Prowadziły
do niego szklane automatyczne drzwi, akurat szczęściem szeroko otwarte. Z
hałaśliwych odgłosów, dobiegających z wnętrza budynku domyśliłem się jednak natychmiast
strasznej prawdy.
Niesiona
z wiatrem substancja zdołała już zarazić umysły ludzi znajdujących się
wewnątrz. Schronienie się w gmachu było tak samo niebezpieczne, jak pozostawanie
na zewnątrz. W tej samej chwili tuż za mną upadła na schody wiodące do środka kleista
plazma. „To już koniec!” - pomyśleliśmy oboje. Zatrzymaliśmy się zdrętwiali,
bezradni, osaczeni.
A
jednak nie było nam pisane zginąć.
Tylko
szczęśliwy TRAF, w którym odtąd dopatruję się ręki i woli Najwyższego Boga
sprawił, że tuż przedtem wybuchła w stolicy kolejna wielka rewolucja. Wywołały
ją oszołomione substancją tłumy cyborgów, podjudzane przez wtajemniczonych
przez Panów ludzi. Słudzy byli żądni palenia „cygar" na wzór i na równi z
tymi, którzy raczyli się nimi od pewnego czasu w zaciszach swych pałaców. Jeden
z nich postanowił wykraść tajemnicę „bogom” i przejąć władzę nad światem w
imieniu ludzkości. Podjudzony przez niego tłum dostał się do Królewskiego Zamku
podczas uroczystego party Panów. Opanował go, po czym jakiś zagorzały kamikadze
wysadził starożytne mury w powietrze. Właśnie w chwili, gdy przekraczałem z
Zejmanową próg głównych drzwi do gmachu Państwowego Banku Stary Zamek runął z
hukiem. A razem z nim wszystkie kosmiczne istoty, zakotwiczone już w ludzkich
ciałach. Czyż nie był to cudowny zbieg okoliczności?
Wybuch
spowodował uruchomienie się automatycznego alarmu w całym gmachu. Szklane drzwi
zasunęły się jednocześnie od zewnątrz i od wewnątrz, zamykając nas oboje w
szczelnie chronionym korytarzu przejściowym. I to też był kolejny cud boski!
Nie
chciałem już przebywać dłużej w stolicy, mimo, że czasy szybko się uspokoiły.
Ludzie, którzy zaczęli palić „cygara" w ciągu kilkunastu miesięcy zdobyli
moce duchowe i wyższą tożsamość. Nauczyli się przenosić ją swobodnie, w zgodzie
ze swoją wolą z ciała do ciała. W praktyce stali się nieśmiertelni.
Obserwowałem
ten proces dziejowy z daleka, z mojego kraju na północy, gdzie wprowadziłem się
w warunki proste, biedne, lecz wciąż jeszcze bezpieczne od możliwości zarażenia
się. Widziałem, jak ludzie z partii, która przejęła rządy po zmienionych
arystokratach i przywódcach politycznych szybko stawali się źli. Ich dusze
ciemniały. Poznawałem to, widząc ich oczy w telewizyjnych wiadomościach. Ich
ciała brzydły, twarze tępiały i starzeli się w przyspieszonym tempie.
Dość
szybko opracowali na to sposób. Wybierali sobie zawczasu inne, atrakcyjne dla
nich ciało i w dowolnie wybranej chwili przenosili się w nie aktem woli. Służyły
im do tego ogarnięte halucynacją tłumy. Nie mieli przy tym żadnych skrupułów. Ich
moralność zanikała w równym tempie, a może nigdy jej naprawdę nie mieli?
Zrozumiałe było, że ten proceder miał swoje granice i po jakimś czasie musiał
się skończyć. Dlatego coraz bardziej ważne stawały się świeże, nieskażone
moralną degrengoladą ciała.
Takie
ciała posiadali właśnie mieszkańcy dotąd niezagrożonych, bo zbyt biednych i chłodnych
obszarów kontynentu.
W
pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że nic nie robiąc teraz, aby się
zabezpieczyć, wpadniemy w ich pułapkę szybciej, niż to mogłoby nastąpić. Trzeba
było zacząć stawiać opór odpowiednio wcześniej. Zgrupowani w jedno, coraz
ściślej otaczani przez gęstniejącą ciemność staliśmy się jej nieludzko pożądanym
celem.
Postanowiłem
działać, zanim sprawy przybiorą łatwy do przewidzenia obrót. Stworzyłem elitę ludzi
wtajemniczonych, sprzysiężonych wokół najświętszych znaków i wartości. Objęła swoim
wpływem najważniejsze kręgi władzy i nauki w moim prześlicznym kraju. Stały
przed nami najtrudniejsze decyzje, które mogły pomóc przetrwać nieskażonym
zarazą społeczeństwom najdłużej jak się dało. Dzięki moim zdolnościom
jasnowidzenia obliczyliśmy czas, wyznaczony na Koniec i wiedzieliśmy, że musimy
do wybicia tej ostatniej godziny wytrwać każdym sposobem.
Któregoś
dnia przybył do nas ambasador z kraju nad Złotym Wybrzeżem. Ach, jakiż
uprzejmie uśmiechający się i wymuskany był ten żywy diabeł! Przyjąłem wyzwanie.
Wraz z kilkoma osobami z rządu podpisałem z nimi umowę. Musieliśmy na nią
przystać, nie było innego wyjścia.
W
ramach zawartego traktatu Zmienieni mieli respektować nasze prawo do zdrowego
życia w obrębie granic północnych krain, w zamian za zaniechanie jakichkolwiek
prób ingerowania w Ich sprawy. Konwencje wyznaczał podstawowy Dekalog Praw. Był
on tarczą chroniących nas wartości, poza którą władza piekielnych sił nie
sięgała.
Tak
naprawdę jednak zostawili nas sobie na później, jako żyjący zapas i źródło
zdrowych ciał fizycznych dla siebie. Dla tych degradujących się błyskawicznie
czartów w ludzkiej skórze, łatwo było rozsiać i rozbudowywać nawet na naszym
terytorium studzienki gnijącej wody, rozkładającej potajemnie tarczę podstawowych
zasad. Ci, którzy się z nich nieopacznie napili otwierali się na niewidzialne
niebezpieczeństwo, czyhające wokół z apetytem wiecznie głodnej bestii...
Nie moja wina, nie moja wina, że diabeł przypomina, iż Pan JEST!" (piosenka, którą śpiewałam kiedyś we śnie)
Przystanęłam na ulicy, aby przyjrzeć się wypadkom zaciekawiającym grupkę ludzi, którzy zatrzymali się i dyskutowali w tym miejscu od pewnego czasu. Podobnie jak oni spojrzałam ze swego miejsca przed siebie i ku górze. Po przeciwległej stronie ulicy wznosił się wysoko murowany budynek o kształcie wieży. W jego ścianach rozmieszczono tylko kilka, z rzadka rozrzuconych i zakratowanych okienek, wpuszczających do środka niewielką ilość światła. Ostatnie piętro zbudowano na szerszej podstawie i otoczono ze wszystkich stron rodzajem balkonu z metalową barierką zabezpieczającą. Tworzyło to świetny punkt widokowy, służący do rozległej obserwacji życia stolicy. Z naszego miejsca widać było stojącego spokojnie na balkonie arystokratę ubranego w XVIII-wieczny strój. Patrzył nieruchomo w dół, oparłszy ręce o balustradę w geście człowieka przywykłego do odbierania hołdów i lubującego się w ukazywaniu się wiwatującym na jego cześć tłumom. W ogóle nie patrzył w naszą stronę. Byliśmy chyba dla niego zbyt drobni i nieważni. Wzrok wlepił w daleką perpektywę miasta, rozciągającą się dookoła i świetnie widoczną ze szczytu wieży.
Rozejrzałam się uważniej wokół siebie. Stałam w gronie kilku wysokich, przystojnych mężczyzn, którzy przyglądali się wieży już od dłuższego czasu, dzielili się swoimi wnioskami i komentowali je właśnie między sobą. Moją obecność przyjęli zupełnie naturalnie i ani na moment nie ściszyli głosu. Wręcz przeciwnie. Spojrzawszy na mnie przyjaźnie i oceniwszy moją osobę jednym rzutem oka zdecydowali się chyba podzielić tajemnicą toczonej dyskusji, gdyż jeden z nich uprościł swój wywód, biorąc pod uwagę fakt, że słucham ich rozmowy dopiero od niedawna.
- Będziemy teraz świadkami zastosowania niezwykle drogiej i rzadkiej technologii - zaczął tłumaczyć wszystkim, a tak naprawdę skierował objaśnienie głównie do mnie - W historii, na którą patrzymy zastosowano wyjątkowo silny i specjalnie zbudowany "projektor od wewnątrz". Jego użycie sprawi, że Monstrum, czyli postać strasząca powstanie samoistnie wewnątrz filmu. Zostanie wywołana decyzjami, działaniami, zainteresowaniami, wyobrażeniami i emocjami biorących w nim udział bohaterów. Oczywiście proces inkubacji potwora trwać będzie jakiś czas. Na koniec pojawi się jednak rzeczywiście pomiędzy grającymi w filmie aktorami jako jeden z bohaterów, obdarzony samoświadomością i możliwością podejmowania własnych, niezależnych decyzji. - Czemu ma to służyć? - zdumiałam się. - Musisz najpierw zrozumieć, że do tej pory stosowano przede wszystkim manipulację światem Gry z zewnątrz. Wszystkie postacie, do których modlili się ludzie były kreowane w wyższym wymiarze i ukazywały się na zasadzie holograficznego obrazu. Sterowało to rozwojem systemów wyobrażeń i przekonaniami zamkniętych w grze nieświadomych istot, a bogom z wyższych światów pozwalało kontrolować wydarzenia w zgodzie z własnymi interesami - wyjaśnił mi przyjemnym głosem drugi z mężczyzn - Ludzie dzięki temu zachowywali homeostazę ze środowiskiem, ale także pewien rodzaj bierności duchowej i poddaństwa, który czynił z nich nieświadomych niewolników. - Kultury rozwijały się jednak spokojnie i istoty ostatecznie wychodziły z niższych światów, bezpiecznie wracając do przestrzeni zamieszkanej przez bogów, którzy je wykreowali i kontrolowali - dodał trzeci z nich. - Inicjowany właśnie proces dąży do rewolucyjnej zmiany i ma na celu obudzenie się świadomości swego duchowego pochodzenia u wszystkich rozumnych istot zamkniętych wewnątrz Gry - uzupełnił zaraz pierwszy z nich. - Oraz do realizacji specjalnie boskiego przeznaczenia ludzkiego gatunku w przyszłych dziejach wszechświata - wtrącił trzeci. - Za chwilę zostanie wywołany bieg zdarzeń, w wyniku którego nastąpi rodzaj samoistnej materializacji potencjału tkwiącego we wnętrzu iluzyjnych światów - kontynuował swój wywód pierwszy z mężczyzn - To, co się ukaże w rezultacie zainspirowanych zjawisk nie będzie zatem "domalowane" na kliszy filmowej z zewnątrz przez twórców efektów specjalnych, jak to robiono do tej pory. Aktorzy, biorący udział w tej Grze nie będą jedynie udawać wobec widzów, że widzą potwora, gdyż on pojawi się naprawdę wśród nich i poprzez nich. Jednym słowem zostanie zrodzony...
- Jeśli zatem diabeł jest naszą ogólnoludzką projekcją, zmaterializowaną siłą naszych myśli to nie zaprzeczycie chyba, że na tej samej zasadzie może istnieć także Bóg... - zadrżałam. - Co do tego to na razie musisz uwierzyć nam na słowo, że Bóg istnieje naprawdę... - uśmiechnął się mój rozmówca. - I to właśnie my jesteśmy jego zmaterializowaną, obdarzoną samodzielnym życiem iluzyjną projekcją... - Może więc nas wciągnąć z powrotem w siebie w każdej chwili? - Dokładnie tak jak kończy się seans w kinie. - Jest więc prawdziwym potworem! - Sama widzisz.... każdy medal ma dwie strony - roześmiał się drugi z mężczyzn. - Dlatego wymyślił sobie jednak zniszczenie nas w tak straszliwy sposób? - dziwiłam się dalej. - Nadal nie rozumiesz... - spoważniał pierwszy z nich - Bóg pokochał nas tak bardzo, że postanowił zginąć dla naszej świadomości, przestać istnieć, jeśli tego tylko zapragniemy. Obdarzył nas wolnością wyboru. To my postanowimy o naszej przyszłości. - Ludzie wciąż nie znają siły własnej wyobraźni i woli, która zresztą była do tej pory wyręczana i zręcznie sterowana... - wtrącił się trzeci z mężczyzn - Oto nadeszły czasy wolności. Wykreują co zechcą. Diabła albo Boga. - Przecież wszyscy rozumiemy, że w ludziach dominuje czynnik grzechu i skłonność do upadku. To ogromne ryzyko... - zasmuciłam się, rozpoznawszy w ten sposób najbardziej prawdopodobny bieg wydarzeń. - Dlatego już od dawna nie jesteście sami - odparł pierwszy z moich rozmówców. - Czemu jednak aż takie potworne konsekwencje? Nie rozumiem... - To najskuteczniejszy sposób na obudzenie się ze snu i uświadomienie sobie własnej mocy. A tkwienie w Grze to przecież nieustanny sen duszy - odpowiedział spokojnie drugi. - Strach paraliżuje, ale także mobilizuje wolę przetrwania w stopniu, którego nie przeczuwacie... Cóż to za Bóg, który nigdy nie zmierzył się z diabłem i nie zwyciężył go? A przecież powiedziano "bogami jesteście"... - Łatwo tak chyba mówić wam, którzy stoicie z boku... - stwierdziłam z przekąsem. - Mylisz się. Weźmiemy udział w tej rozgrywce osobiście, gdy nadejdzie wyznaczony czas - roześmiał się trzeci z moich rozmówców.
Umilkliśmy, gdyż w tej właśnie chwili ów stojący wysoko na balkonie wieży mężczyzna w peruce zdecydował się zniknąć we wnętrzu budynku. Jednocześnie ktoś właśnie wchodził do góry równym krokiem po drewnianych, skrzypiących ze starości spiralnych schodach. Arystokrata sprawiał jednak wrażenie absolutnie pewnego siebie i zdecydowanego kontrolować wszystkie zjawiska, podległe jego władzy. Nie mieściło mu się w głowie, że coś mogłoby przerosnąć jego siły i autorytet.
Po schodach wspinała się jakaś dziwna postać o ciemnym kształcie, słabo rozpoznawalnym w źle oświetlonym wnętrzu. Właściwie był to rodzaj cienia, w dużej mierze zlewającego się z tłem. Mężczyzna, schodzący w dół zdecydowanymi i szybkimi krokami widział jedynie jego połyskujące chwilami w ciemności oczy o nieodgadnionym wyrazie. Trudno mu było uwierzyć w to, co w nich nagle wyczytał. Błyszczały drwiną i bezczelnością, szaloną pewnością siebie i pogardą.
Dotarł do miejsca zetknięcia się z dziwną postacią i spróbował ją chwycić za ubranie, aby zepchnąć przemocą w dół schodów. Ku jego zaskoczeniu jednak ciemny kształt człowieka w mroku uchylił się tak szybko i zręcznie przed jego dłońmi, że ten objął jedynie powietrze. Jednocześnie wydało mu się, że usłyszał złośliwie drwiący śmiech, ale równie dobrze mógł to być świst wiatru wpadającego przez maleńkie okienka wieży. - Kim jesteś? - krzyknął syczącym z oburzenia głosem, usiłując daremnie przejrzeć smugę cienia zalegającego w kącie schodów. Majaczył tam niewyraźnie ukryty kształt wspinającej się w górę postaci - Jakim prawem cię tutaj wpuszczono? To bezczelna uzurpacja! - Jestem pańskim cieniem - zadrwiła postać - I choćby dlatego tak łatwo się mnie nie pozbędziesz... - Rozkazuję ci natychmiast stąd zejść! - krzyknął arystokrata, przyjmując budzącą respekt pozę - To oburzające i godne najwyższej kary! - I ty mówisz mi o karze? - zachichotała cienista postać - Wylęgałem się długo w mroku i długo dojrzewałem do tego wspaniałego momentu. Znam wszystkie twoje grzechy, perwersje, zbrodnie, fałsze i niesprawiedliwości. Pamiętam każde złamanie Prawa. Czas chyba stanąć do pojedynku - drwiła postać w cieniu - Wiem, że się mnie brzydzisz dotknąć, ale pomyśl... jestem tobą, twoim prawdziwym wizerunkiem. I przychodzę po swoją wyłączną własność. - Nic ci się tutaj nie należy, bezczelny głupcze! - wysyczał charczącym z oburzenia głosem arystokrata. - Mylisz się. Moją prawdziwą własnością jest twoje ciało. Jeszcze tylko tego brakuje mi do pełni istnienia... - szydził cień. Tego było już za wiele. Arystokrata ruszył z całym impetem swego oburzenia w rejon, który do tej pory daremnie usiłował przejrzeć wzrokiem. - Albo będziesz mi posłyszny, albo...! - krzyknął. W środku szarej ciemności stała spokojnie postać sprawiająca wrażenie ulepionej ze zgęstniałego mroku. Spróbował ją znów chwycić za ubranie na piersiach i w tej samej chwili owionął go nieprzyjemny, piwniczny chłód. Cień przesunął się ku niemu i mimo, że trudny do uchwycenia w ręce oplótł się nagle wokół rozwścieczonego mężczyzny. Przez moment sprawiali wrażenie siłujących się ze sobą, gdy nagle demoniczny cień okazał się mocniejszy od człowieka. Zupełnie niespodziewanie rozrzedził się i błyskawicznie wniknął w jego wnętrze, całkowicie opanowując świadomość…
Twarz arystokraty zmieniła się natychmiast, zbrzydła i zestarzała się w ohydny sposób. W jego oczach pojawił się wrogi, złośliwy, pełen pogardy błysk. Coś dziwnego także zaczęło się dziać z jego górną wargą, która podciągnęła się do góry w dwóch miejscach tuż nad kłami i odtąd pozostała już w takim dziwnym i nieprzyjemnym skurczu. Odsłoniła w ten sposób dwa stępiałe na końcach, pożółkłe zęby, które ukazywały się stale na twarzy w drwiącym i wstrętnym uśmiechu. Ogarnęła go i całkowicie opętała dzika, egoistyczna złośliwość, pragnienie zemsty i nieustająca ani na chwilę wściekłość, oraz chęć szkodzenia i bolesnego krzywdzenia innych... - Dam wam teraz popalić za wszystkie moje krzywdy! - przemówił nienormalnie cienkim, piskliwym i obrzydliwie zniewieściałym głosem...
- Patrzymy na dzieje arystokratycznych rodów i skutki ich upadku, najpierw moralnego, a potem społecznego... - skomentował ten widok jeden z moich wysokich towarzyszy, stojących u stóp wieży. Skinął ręką i weszliśmy powoli po spiralnych schodach w górę. Taras widokowy był teraz pusty i kompletnie nieużywany.
Rozejrzałam się z ogromną ciekawością wokół siebie. Z balkonu wieży rozciągała się daleka panorama starego, XVIII-wiecznego Paryża, pogrążającego się już teraz w szarzejącym zmierzchu. Z kominów pojedynczych domów i kamienic, dość luźno rozrzuconych wśród parkowych i miejskich drzew wznosiły się w górę liczne smugi szarych dymów. - Zanieczyszczenie zwiększa się z roku na rok - skomentował ten widok jeden z moich towarzyszy, oparłszy duże zgrabne dłonie o barierkę tuż koło mnie - A taką trującą atmosferę lubią demony i złe duchy. Zbliża się nieuchronnie czas Wielkiej Rewolucji. - Nie udawajcie - powiedziałam - Przecież to zostało zamanipulowane. Nie byłoby cienia, gdyby nie dano ludziom Prawa i nie zakazano tego, co grzeszne... Przyglądacie się efektom swojej złośliwej pracy. Mężczyzna spojrzał mi prosto w oczy. Jego twarz była jasna, rysy wygładzone i spokojne, spojrzenie pełne mądrości. - Pomyśl inaczej. Gdyby nie ta manipulacja nie doszłoby do rozdzielenia dobra od zła, miłości od nienawiści, światła od ciemności, Boga od diabła... - Komu służycie? - spytałam - Bogu, czy diabłu właśnie? - Odpowiedź znajdziesz we własnym sercu. Kochamy go i pozwalamy Mu być takim, jakim chce być. - Kochamy Go szaloną miłością - dodał jego towarzysz - Na jego życzenie i z miłości do Niego nie żal nawet wykonywać diabelskie zadanie, pamiętaj... - To co z miłości, do miłości wróci. To co z nienawiści spali się w jej ogniu - uzupełnił trzeci z nich - Tylko zimni, obojętni i szarzy zostaną wypluci z Jego ust.
Zasmuciło mnie to wszystko, choć nagle zaczęłam pojmować sens zaistnienia cienia... - Słusznie myślisz - mój rozmówca położył mi rękę na ramieniu i lekko uścisnął - Tylko przebaczenie i miłość potrafią uruchomić drzemiącą w nim wszechmoc. - Zatem musi istnieć plan, który storpeduje demoniczne zakusy - nabrałam nadziei. - Owszem. Przyjrzyj się dalszej akcji tego filmu.
W Paryżu przyszła na świat córka demona Krzywej Wargi, niewinne dziecko, którą gdy zaledwie nauczyła się mówić i wołać "Mama!" opętał zupełnie ojcowski cień. Bezbronna dziewczynka nie mogła się sprzeciwić ani poskarżyć nikomu. Nikt nie rozumiał jej płaczu, strachów nocnych, z których często budziła się z krzykiem. Aż nagle przestała płakać... Wówczas pojawił się szczupły mężczyzna w XVIII-wiecznym francuskim stroju. Wszystkie elementy jego ubrania od stóp do głów były zupełnie czarne, nawet pióro u kapelusza. Miał niezwykle poważną twarz, uważne spojrzenie inteligentnych oczu i przemawiał zdecydowanie, stojąc wprost przed królem w pałacowej sali. - Kto to? - wyszeptałam zdziwiona. W odpowiedzi dobiegł moich uszu płynący prosto z nieba męski głos. Odczytywał szybko i ciurkiem monotonnym, jednakowym tonem tekst deklaracjiprawczłowiekaiobywatela i tekst konstytucjistanówzjednoczonych. - Wolność, równość i braterstwo, jesteśmy świadkami narodzin nowego przymierza sił - skomentował ten widok i zjawisko mój towarzysz na balkonie - To początek ostatecznej rozgrywki. Musieliśmy włączyć się w Rewolucję, aby przejąć kontrolę nad panoszącą się destrukcją. - Arystokracja zachowywała się już całkowicie jak szare króliki, tymczasem nawet genialnie uzdolnieni ludzie z najniższych klas społecznych nie mogli uzyskać dla siebie żadnej możliwości rozwoju. Idea światłego władcy chroniącego społeczeństwo we wszystkich aspektach upadła. Trzeba było koniecznie to zmienić... - dodał drugi z mężczyzn. Nagle ujrzałam w oddali uciekające biegiem czyjeś nogi w pończochach. Ktoś bez końca uciekał, uciekał, uciekał... - Kto to? - spytałam - Nie mogę stąd dostrzec górnej części jego ciała. - Wiele spraw związanych z tożsamością i pochodzeniem musi teraz zostać ukryte przed światem... - odpowiedział drugi z moich towarzyszy. - Postęp, postęp, postęp przede wszystkim. Byle dalej od tego, co było i co się nie udało... czasu już tak niewiele... - dodał trzeci. Spojrzałam w dół. Po ścianach wieży wspinało się wiele pojedynczych postaci. Przycupnęły na razie, unikając zauważenia przez ewentualnych obserwatorów z balkonu, lub okienek. - To ci, którzy pragną przeniknąć Tajemnicę i zająć miejsce zwycięzcy w odpowiednim czasie. Pochodzą z różnych miejsc, rodzin, narodów i klas... I nie wiadomo komu tak naprawdę służą...
Zamknięto demona Krzywą Wargę w złotym pierścieniu, który zawiązano na krzyż w kształcie litery X, wymawiając odpowiednie słowa: - "W imię Ojca i Syna, i Ducha świętego. Błogosławimy cię litością naszego Ojca w Dniu Ostatecznym, jeśli opowiesz nam swoje dzieje i przestaniesz szkodzić..." Demoniczny i zwyrodniały staruch zmniejszył się i skarlał pod wpływem siły tego zaklęcia, na które musiał przystać.
Minęło potem wiele lat, rozkwitał XIX wiek. Przed moimi oczami pojawił się krępy, niewysoki człowiek o dobrej twarzy. - To przedstawiciel rodu Sangrala, któremu udało się przetrwać - wyjaśnił mi trzeci z moich towarzyszy stojących na balkonie. Nagle ujrzałam, jak spośród starych parkowych drzew wybiegły ku niemu pojedynczym rzędem nieduże czarne kundle. Wyglądały na jednakowe, wszystkie były krępej budowy i miały lśniące fanatycznym blaskiem oczy. Pojawiały się kolejno, jeden za drugim, w stałym rytmie. Nie było ich wiele, ale ich szybkość i karność w atakowaniu sprawiała, że wyglądały na wielką sforę. Rozpoczęło się dziwne polowanie na człowieka. Zaatakowany trzymał jednak w rękach myśliwską fuzję. Mierzył do nich z doświadczeniem wyborowego strzelca i palił w psy, broniąc się uparcie. Ranił jednego kundla, który odpełzł głośno skowycząc z bólu. Drugiego spłoszył, ale ten pobiegł dalej, zginął mu z oczu gdzieś za plecami, po czym zrobił kolejne okrążenie, aby znów nadbiec z przeciwka... Psy były prędkie, zdecydowane, uparte i konsekwentne, a zaatakowany musiał ładować strzelbę po każdorazowym oddaniu dwóch strzałów. Złamał lufę i widząc wzrastający pośpiech kundli zdecydował się zmienić tylko jeden nabój, ażeby zdążyć strzelić. Trafił. Nadbiegający właśnie kolejny pies, nie spodziewając się tej przyspieszonej reakcji dostał prosto w serce. Gdy zachwiał się przed strzelającym ten rozpoznał w nim nagle kogoś, kogo niegdyś dobrze znał w zupełnie innej roli. - Ron!? Nie było czasu na żale ani rozpamiętywanie. Zaraz nadbiegał już następny kundel, a zaatakowany musiał znowu załadować dubeltówkę. - Chyba jednak sobie nie poradzi, osaczyli go i coraz bardziej unieruchamiają... - wyszeptałam z lękiem, patrząc na to bezsilnie z balkonu...
"Tajemnica objawiona po trzykroć, ale nikt poza trzema nie może poznać przyszłości. Przekleństwo dla tych, którzy wyjawią sekret." (Nostradamus)
Okrągłą, niezwykle wysoką, wąską, kamienną, starożytną Wieżę z niewielkimi i nielicznymi okienkami w ścianach spowiła kompletna ciemność nocy. Z jej szczytu, aż na sam dół "zjechali" zręcznie na linie trzej wysocy mężczyźni. Jeden z nich chwycił wielki, średniowieczny miecz, a właściwie symboliczną atrapę miecza, przygotowując się do walki, której początek zniknął już dawno w czasie... Tak zaczyna się opowieść o trzech braciach bliźniakach. Wszyscy są wysocy, szczupli, przystojni, inteligentni i genialnie utalentowani. Mieszkają razem w starym, wielkim, trzypiętrowym pałacu, a każdy zajmuje w nim własny, osobny apartament, nie kontaktując się z innymi przez całe lata, a może nawet długo jeden o drugim nic nie wiedząc... Ich historia co jakiś czas się powtarza. Gdy wszyscy trzej dochodzą jednocześnie do pewnych określonych wniosków oraz odkrywają nawzajem swoje istnienie - nagle giną, aby odrodzić się w innych, choć podobnych okolicznościach, warunkach i czasie. Jednoczesne i synchroniczne odczytanie zaszyfrowanego przed wiekami Zapisu za każdym razem powoduje, że zostają uruchomione straszliwe podziemne moce, aby wraz z chwilą śmierci trzech braci na Ziemi mógł się narodzić diabeł.
Właśnie niedawno jeden z nich odczytał hieroglificzne pismo i ukryty sens prastarej Księgi Adama. Według żydowskich legend jest to najstarszy przekaz duchowy dany ludziom przez Boga. Został on przyniesiony przez morze w statku Noego jeszcze z Atlantydy, a potem wzmocniony przez Abrahama i zapisany przez Mojżesza, który zaszyfrował go w Pięcioksięgu. Istotne okazało się odkrycie prawdziwego znaczenia starożytnego piktogramu Wiru, wznoszącego się z dołu do góry niczym trąba powietrzna. Drugi napisał to w formie opowiadań fantastycznych i zebrał w zbiorze, który został uznany za podobny w stylu do makabrycznych opowieści Howarda Philipsa Lovecrafta. Jak wszyscy wiedzą, traktują one o odradzającym się przerażającym kulcie Starych Bogów oraz wędrówkach w zmienionym stanie świadomości i degradującym się ewolucyjnie ciele po nieskończenie mrocznych światach, ku Ciemnemu Panu, mieszkającemu w ich przepastnej głębi. Trzeci sformułował swoje odkrycie w esejach podobnych do para-naukowych opowieści Philipa K. Dicka, traktujących o pętlach i paradoksach czasu oraz zamkniętej w nich bezpowrotnie świadomości.
Ledwie to wszyscy jednocześnie ogłosili znienacka pojawiła się na niebie, w okolicach księżyca, będącego akurat w pełni - ogromna, czarna kula. Niczym rosnący w oczach meteor zmierzała niewiarygodnie prędko do zderzenia się z ziemskim globem. Jego obraz na niebie powiększał się z chwili na chwilę. Tłumy ludzi wpadły w panikę i zaczęły chaotyczną ucieczkę z miejsca przypuszczalnego zderzenia. W tym tłumie znalazła się i początkowo biegła wraz z nim siostra trzech braci. Nagle jednak podjęła desperacką i heroiczną decyzję o zawróceniu. Z narażeniem własnego życia postanowiła ostrzec przed grożącymi skutkami odczytania jeszcze ośmiu podobnych do trzech, którzy już zginęli, oraz ponadto trzydziestu kilku innych...
W życiu otoczyły ją i unieruchomiły drapieżne krokodyle, chcąc zablokować jej wszelkie szanse na odzyskanie pamięci. Zamarła w bezruchu i tylko modliła się do Boga o możliwość wytrwania. Minęło wiele czasu, zanim odkryła wewnątrz siebie znak graficzny, składający się z trzech siedmioramiennych gwiazd. Wzięła je za piętno, smutne i groźne dla całego radosnego życia naznaczenie. Wtem, kiedy siedziała twarzą do jasnego okna pojawiła się w przestrzeni Lewa Ręka i włożyła do jej głowy gwiazdę. Ta rozbłysła srebrzystymi promieniami niczym pochodnia. Chwilę później zjawiła się przy niej Prawa Ręka i włożyła w jej głowę drugą, identyczną gwiazdę. Głowa zaświeciła teraz wielkim srebrzyście jasnym blaskiem o podwójnej mocy. Na koniec obie gwiazdy złączone w jedną zmieniły się w promieniejącą na cały pokój krystalicznie świetlistą koronę na jej głowie.
A więc dokonało się!
I nagle Jasno Ujrzałam rozległy, olbrzymi Stary Las. Gdzieś w jego nierozpoznanej do końca głębi szalały dwa mordercze dzikie tyranozaury. Ludzie w panice i popłochu uciekali przed nimi, gdy ktoś samotnie zdecydował się pobiec w ich kierunku, wbrew logice i naturalnemu instynktowi ucieczki. Nagle rozległ się z nieba głos. Był to nieco mechaniczny głos strażnika Księgi, który oznajmił: - Będziesz wielkim nauczycielem!...
"Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię. Ziemia zaś była bezładem i pustkowiem; ciemność była nad powierzchnią bezmiaru wód, a Duch Boży unosił się nad wodami. Wtedy Bóg rzekł: <> I stała się światłość. Bóg widząc, że światłość jest dobra, oddzielił ją od ciemności. I nazwał Bóg światłość dniem, a ciemność nazwał nocą. I tak upłynął wieczór i poranek - dzień pierwszy." (Księga Rodzaju, 1, 1-5)
Wstęp
Nasz niewielki statek, którym mknęliśmy przez niezmierzone, zimne i pogrążone w odwiecznej ciszy kosmiczne przestrzenie Mlecznej Drogi otrzymał zadanie wykonania pełnego obrotu po gigantycznym kole. Pierwsze Potęgi podzieliły wyznaczony precyzyjnie okrąg na dwie połowy, górną i dolną. Każda z nich zawierała dwanaście gwiezdnych promieni wychodzących z centralnego punktu. Dolną połowę, podobnie jak i górną rozdzieliła wtedy na dwie inne części pionowa oś Koła. Odtąd na stałe wyznacza na nich punkt zenitu i nadir, czyli południe i północ. Wspólna ilość wszystkich cząstek wyznaczonych przez dwanaście promieni na górze i dwanaście na dole odpowiada od tamtej pory liczbie godzin galaktycznego dnia i nocy, tworzących jedną galaktyczną dobę. Owe galaktyczne doby składają się w gwiezdne miesiące i lata, a te tworzą gwiezdne wieki i tysiąclecia o skali trwania trudnej do wyobrażenia sobie nawet bardzo starym istotom. Dwadzieścia cztery cząstki układają się w dwanaście faz drogi po Świętym Okręgu, z których każda z osobna składa się z dwóch stref, jasności i cienia, trwających razem po dwie gwiezdne godziny. Można by je przyrównać do świadomości funkcjonującej na dwa różne sposoby, w stanie jawy i w stanie snu. Wszystkie one z kolei układają się w cztery ćwiartki wyznaczane przez cztery ramiona centralnego Krzyża. Wskazuje on cztery główne kierunki, górę i dół, lewy i prawy.
W skład każdej ćwiartki wchodzą trzy podwójne części utworzone przez galaktyczne promienie. Ćwiartki zgrupowane po dwie po prawej i po lewej stronie pionowej osi polaryzują Okrąg na strony lewą i prawą, a inaczej mówiąc dwa bieguny - żeński i męski. Dwie ćwiartki na górze i dwie na dole dzielą z kolei Święte Koło na połowy, obejmujące jasność dnia i ciemność nocy. A także przeszłość i przyszłość. Ten szachownicowy podział Okręgu na cztery wyznacza podstawowe zasady wszystkich doświadczeń dla tych, którzy podróżują.
Początkowo wszystko na naszym statku przebiegało zgodnie z ustalonym przed startem planem lotu. W którymś momencie jednak pojawiło się trudne do uchwycenia, ale narastające i potężniejące z biegiem czasu niebezpieczeństwo. Jego przyczyna była zrazu niezidentyfikowana, lecz - jak szybko tego doświadczyliśmy - niezwykle groźna w skutkach. Ustaliliśmy, że ukrywa się gdzieś w przepastnym mroku, który oblegał z zewnątrz Święte Koło. W jakiś czas po starcie dowiedzieliśmy się więcej. Na zewnątrz żył starodawny Czarny Wąż. Jego wiek nie mierzył się w znanych nam kategoriach czasu, gdyż nie podlegał żadnym kategoriom ustalonym w momencie zbudowania Koła. Zamieszkiwał nieskończoną przestrzeń pierwotnego chaosu, nigdy dotąd nie rozświetlonego nawet najmniejszym promieniem światła. To on jednak sprawiał, że wszystkie nasze wysiłki zbudowania światów zdolnych samodzielnie pokonywać kolejne fazy Drogi kończyły się fiaskiem i koniecznością rozpoczynania wszystkiego na nowo. Mało tego, w rezultacie powtarzających się klęsk zaczęliśmy odczuwać narastające zagrożenie. Jedna z dwóch młodych dziewcząt, załogantek statku poczuła w swoim podbrzuszu jego szczególne, ciągnące ją gdzieś w dół i w głąb oddziaływania.
Nasz statek w czasie całego lotu na przemian przechodzi przez światło i przez cień. Celem drogi jest pomyślne zamknięcie Okręgu i zjednoczenie się z wielkim światłem promieniującym z Solis, gigantycznej centralnej gwiazdy znajdującej się po środku wirującej wokół niej galaktyki. Ukazuje się ono zawsze o świcie kolejnego galaktycznego dnia oczom wszystkich istot, którymi zdołaliśmy obsiać kolejne światy i które od tej chwili rozpoczynały własną samodzielną wędrówkę. W umysłach kosmicznych Wędrowców ukazuje się w postaci stale promieniującego punktu świetlnego, błyszczącego na pewnej wysokości ponad głowami, zawsze dostępnego podczas medytacji. Pora świtu każdej kolejnej fazy Koła sprawia jednak, że wtedy dostrzegamy je w samych sobie jako nagły wybuch oślepiającej jasności. W ten sposób przyciąga nas ona i nie pozwala zboczyć z kursu w niebezpiecznych chwilach przelotu przez strefy nocy.
1.
Na samym starcie, pod wpływem Centralnej Gwiazdy mój umysł rozważył od początku do końca proces budowania się i rozbudzania Pełni. Dokładnie ten sam przekaz otrzymali wszyscy, którzy wyruszyli w Drogę. Dowiedzieliśmy się, że wydarzenia w świecie każdej z dwunastu głównych stref kosmicznej mandali toczą się według stałych, prostych i właściwie sztywnych wzorców. Dyktują one przebieg i zakres wrażeń każdemu zamkniętemu w nich Wędrowcowi. Musi on przejść ściśle określony ciąg doświadczeń i zmierzyć się w każdym z nich z własnym cieniem.
Cień jest odpowiednio dostosowany do rodzaju świadomości osiągalnej w strefie każdego znaku. Pierwsze z dwunastu zodiakalnych znaków oznaczone umownymi ideogramami Barana i Byka są na tyle prymitywne, że manifestujące się w nich energie przybrały postacie zwierzopodobne. Cechują je dzikie i agresywne reakcje, mające ułatwić przetrwanie w świecie Pierwotnego Lasu.
Kim lub czym jest ów tajemniczy cień? Ledwie zadałem sobie to pytanie już natychmiast światło Solis - jednym, krótkim rozbłyśnięciem w moim umyśle ukazało mi mnie samego w roli istoty zrodzonej w obrębie Świętego Koła. Cały przekaz trwał mniej niż ułamek sekundy, choć w istocie to, co ujrzałem i przeżyłem ciągnęło się w czasie przez tysiąclecia. W moim wewnętrznym przeżyciu to, co istnieje wiecznie zlało się w jedno z tym, co minęło i nadal przemija. Ponieważ nie da się tego opowiedzieć słowami, dlatego pozostawię ten temat wyobraźni czytelników. Skoncentruję się jedynie na opisie zdarzeń dziejących się w owym rozciągniętym wewnętrznie czasie.
W każdej strefie prześladował mnie mój cień. Zjawiał się przeważnie nagle jakby "znikąd", a ja musiałem stoczyć z nim pojedynek. Za każdym razem wyglądał on inaczej, zależnie od charakteru świata, w którym akurat przyszło mi się znaleźć. Walczyłem, poddawałem mu się, ukrywałem się, uciekałem przed nim, oskarżałem go, próbowałem zniszczyć, ale także podziwiałem, zazdrościłem mu lub naśladowałem go. Cień dopadał mnie jednak systematycznie i za każdym razem zmuszał do znalezienia nowego rozwiązania naszego konfliktu.
Moja podróż rozpoczęła się na trzeciej z siedmiu planet, które mieliśmy w planie odwiedzić. Spotkałem tam Matkę, czyli konstruktorkę nowej rasy istot, próbującej zasiedlić tamten świat. Miały one przejąć po niej w przyszłości pałeczkę kontrolera, a na koniec kreatora ewolucji planety. Patrzyłem na nią z podziwem. Była wysoką, piękną kobietą, ubraną w ciemnoniebieską, przewiązaną w pasie suknię, spod której wyglądał nieco dłuższy, wielokolorowy ludowy pasiak. Każda barwa na nim symbolizowała jedną strefę Świętego Koła i jeden rodzaj światów, wykreowany w niej. Matka wyjaśniła mi, że pragnie stworzyć taką istotę rozumną, która mogłaby dać sobie radę w Pierwotnym Lesie porastającym planetę, a która pozostałaby przez cały czas eksperymentu pod jej czujną kontrolą i opieką. - Niestety, dwa pierwsze zwierzoludy odeszły do Lasu i zginęły w nim bez śladu - przyznała ze smutkiem - Skonstruowała je moja Matka, która zdecydowała się pozostać razem z nimi w Lesie i tam je chronić. Aby ją stamtąd wydostać, muszę najpierw wydostać jej dzieci. Ich świadomość jednak uległa skrzywieniu, które wygląda na trwałe. Stworzyłam właśnie trzeci rodzaj zwierzoluda, będącego udoskonaloną wersją poprzednich. Wyjaśniła mi wszystkie szczegóły. Swoją kreację rozpoczęła od wrysowania w pamięci komputera wszystkich najdrobniejszych cech obmyślonej postaci. Następnie wypróbowała jej cechy w niezliczonych wirtualnych testach. W rezultacie ciało owej istoty zyskało w końcu kształt niewysokiego humanoida całkowicie pokrytego sierścią, ze sterczącymi, trójkątnymi uszami jak u kota, wielkimi, okrągłymi oczami i cofniętym, maleńkim podbródkiem. - Musi być dostatecznie dziki, aby przetrwać w Pierwotnym Lesie - wyjaśniała mi dalej - Obdarzyłam go wielką intuicją i zmysłem słuchu, aby mógł wyczuć w porę niebezpieczeństwo. Dałam mu wrażliwość na piękne formy oraz zdolność widzenia ich w ciemnościach nocy. A przy tym wszystkim otrzymał najważniejsze: dostateczną nieśmiałość i pokorę, aby nie próbował nawet wysunąć się na czoło w rywalizacji pomiędzy innymi mieszkańcami Lasu. - Po co mu te ostatnie cechy? - spytałem zdziwiony. - One gwarantują sterowność - uczona była całkowicie szczera, a to mnie ujęło - Zapisałam w nim głębiej i mocniej niż w poprzednio zgubionych istotach archetypalne wzorce i zasady, obowiązujące jednakowo we wszystkich dwunastu sferach Mandali. Dzięki temu zapisowi ma on duże szanse wyjść bezpiecznie z jednego i wejść w wyższe doświadczenie kolejnego znaku. A potem zakończyć okrążenie bez ryzyka bezpowrotnego zabłąkania się w nim.
Tak oto zdecydowałem się nagle wstąpić w ciało nowej istoty. Wiatr dmuchnął zwierzoludowi w nos i znalazłem się w Pierwotnym Lesie.
2.
Podczas przejścia przez strefy znaków Barana (a potem Byka) obudził mnie nagle w ciemnościach nocy atak niewielkiej zwierzęcej istoty. Porastała ją gęsta, krótka, bura sierść na całym ciele, a liczne ostre ząbki w jej szerokiej paszczy mogły boleśnie wgryzać się w ciała atakowanych istot. Przypominała trochę jakiś nieznany mi rodzaj niedźwiedzi. Zwierzolud nie wydawał się całkowicie złośliwy, lecz raczej wystraszony, zmęczony i rozdrażniony nieustanną rywalizacją i walką o przetrwanie, które panowały w jego świecie. Wywnioskowałem intuicyjnie, że może okazać się dla mnie groźny i nieprzewidywalny. Stoczyłem z nim trudną, fizyczną walkę. Było to bardzo ważne doświadczenie. Unaoczniło mi ono prymitywne warunki i zasady gry panujące w świecie Lasu. W końcu szczęśliwie udało mi się spłoszyć napastnika, jednak wkrótce pojawił się znowu. Uparty. Zastanowiło mnie to wtedy głębiej. Uznałem go za zagubionego w Lesie i zdziczałego z biegiem czasu Wędrowca, z początku podobnego do mnie. Niespodziewanie poczułem współczucie, solidarność znim i chęć udzielenia mu pomocy. Spróbowałem przestać się z nim bić i siłować. Postanowiłem ukazać mu przejście w Światło, o którym intuicyjnie pamiętałem cały czas i które postanowiłem teraz przywołać na pomoc zapamiętanymi egzorcyzmami. Ono było moją największą wartością i wierzyłem, że da mi oparcie i siłę, którą ujarzmię pierwotny świat ku jego chwale. Wyglądało to tak, że ni stąd ni zowąd zacząłem recytować wyuczony w dzieciństwie pacierz, jednocześnie kreśląc przed sobą znak Krzyża.
Niespodziewanie wszedłem w doświadczenie następnej strefy Mandali, w znak Bliźniąt. Pewnie pod wpływem wykonanych magicznych zabiegów zapadłem nagle w dziwny trans. Usłyszałem bowiem własny głos i słowa rozlegające się jak gdyby z zewnątrz, spoza mnie samego. Zobaczyłem także swoją dłoń kreślącą znak Krzyża na moim pępku. Miał on w zamiarze zahamować atakującą mnie energię ciemnego Wiru i zamknąć ją w przyjętym za swój i pamiętanym jeszcze przeze mnie porządku wartości. Lewe ramię Krzyża przeciągało się jednak wbrew mojej woli dłużej niż pozostałe. Uznałem, że nieujarzmiona siła, z którą się pojedynkuję jest większa od mojego zagruntowania w sobie samym. Dlatego ciągle powtarzałem zabieg. Chciałem, aby wreszcie wszystko nabrało doskonałej precyzji i wróciło do swej dawnej idealnej postaci. Im bardziej jednak starałem się to osiągnąć, tym uparciej lewe ramię wydłużało się, jak gdyby złośliwie mi się sprzeciwiając. Obudziłem się z tego bardzo zmęczony i rozdwojony. Nic nie było już takie proste, jak na początku. Odkryłem, że mój cień jest niewątpliwie mną, w takim razie kim jestem ja?
4.
Rozważanie wątpliwości i ocenianie siebie wpędziły mnie teraz w stan zwątpienia i lęku. Zapragnąłem odnaleźć jego przyczyny, przypomnieć sobie plan, z którym przyszedłem do Lasu i naprawić wszystko według wpojonych mi zasad dobra, miłości i sprawiedliwości. - Chyba uda mi się nauczyć tutaj funkcjonować, dawać innym przykład życia zgodnego z Prawem i stworzyć sobie bezpieczne warunki! - pomyślałem. Postanowiłem narzucić otoczeniu ów wpojony mi niegdyś przez Matkę idealny porządek wytrwałą pracą i uporem. Jeszcze całkiem dobrze ją pamiętałem. Zapragnąłem reprezentować ją godnie wobec zagubionych w Lesie istot, które o niej nic już nie wiedziały. Zaczynała się właśnie strefa czwartego w kolejności znaku, znaku Raka.
Nagle u mojego lewego nadgarstka zmaterializowała się biała, wściekle wijąca się wężyca o kwadratowej, jak gdyby ściętej nożem "twarzy" w miejscu trójkątnego łba. Pomyślałem, że jest to świetlisty program zapisany w moim genotypie przez uczoną konstruktorkę ciała zwierzoluda. W takim razie z niezrozumiałych przyczyn był teraz groźny i "zły" na mnie. Czyżby za próbę sprzeniewierzenia się celowi rozwoju, który we mnie zapisano? Czyżbym znów popełnił jakiś błąd? W którym miejscu zatem? Spróbowałem oderwać ją od ręki, ale wpięła się w żyły na wewnętrznej stronie mojego przedramienia i boleśnie wgryzła jeszcze głębiej ostrymi zębami w ciało. Wystraszony poczułem w lewej ręce szybko rosnący paraliż, a przejmujący strach przed utratą kontroli nad własnym ciałem obudził mnie w świecie kolejnego znaku.
5.
Wężyca zniknęła, ale ledwie odczułem ulgę zaatakowały mnie dwie ciemnoszare, upiorne sowy. Odtąd jedna z nich czuwała co noc przy moim legowisku, przyglądając mi się wielkim, połyskującym czarno okiem. Za każdym razem, gdy spróbowałem rzucić w nią kamieniem, aby ją spłoszyć i odpędzić - traciłem przytomność. Jej oczy miały właściwości hipnotyzujące. Próbowałem z nią walczyć przebierając się w maski i płaszcze z liści, bębniąc kawałkami drewna w pnie drzew i paląc ogień, wymyślałem straszące okrzyki, pieśni i zaklęcia, ale niewiele to pomagało. Dawało jedynie kilkudniową, a w najlepszym wypadku kilkumiesięczną ulgę. W końcu ogarnęło mnie, narastające od początku wrażenie, iż ciąży nade mną jakaś klątwa, której może nigdy nie przezwyciężę.
6.
W kolejnej strefie trafiłem w swoich bezładnych wędrówkach na rozległe, puste pole. Z daleka wydało mi się podobne do szachownicy gry. Z bliska okazało się, że jest to naturalny efekt utworzony przez rosnące na nim różnokolorowe kępy traw i drobnych łąkowych roślin. Krążyłem po zielonej szachownicy, przeskakując z kępy na kępę dość bezmyślnie i na los szczęścia. W pewnej chwili wpadłem w topiel. Pod powierzchnią zielonego mchu ukryło się w tym miejscu bagno. Otchłań zaczęła już nieodwołalnie wciągać mnie w swoją głąb, gdy nagle obok pojawił się skądś mały, kilkuletni chłopczyk i podał mi rękę. Wyciągnięty na twardy grunt wysłuchałem od niego dobrą radę: - Uważaj na każdym kroku, bo w "grze w zielone" szare sowy zastawiły w niektórych miejscach pułapki, z których samemu nie sposób się wydostać.